czwartek, 26 listopada 2020

Kwintesencja Podlasia plus

Nasz busik zatrzymał się przy końcu ulicy. Wraz z grupą gości z Ukrainy wysypaliśmy się na trotuar. Był grudniowy wieczór, w ciepłym świetle latarni tańczyły bezgłośnie płatki śniegu. Jego nietknięta żadnym śladem warstwa kładła się cieniutkim dywanikiem od kościoła z wyniosłą wieżą aż po placyk z neorenansowym pałacykiem fabrykanckim. Topniejąc zamarzał w sopelki skrzące się na krawędziach dachów. Światło świątecznych iluminacji odbijało się od lodu i śniegu. Kierowca wyłączył silnik i otoczyła nas cisza. Tym wyraźniej dotarł do mnie sceniczny szept jednego z uczestników: Це Норвегія чи що? (To Norwegia czy co?)
Podbiałostocki Supraśl może wywoływać takie skojarzenia przez wszechobecność drewnianych domów mieszkalnych oraz zimy, mroźniejsze i bardziej śnieżne od tych, które doświadcza centralna Polska. Może się jednak kojarzyć też ze środkową Ukrainą, tzw. hetmańską, na której po oderwaniu tych ziem od Rzeczpospolitej w II połowie XVII wieku rządzili kozaccy hetmani, jeśli za punkt odniesienia wziąć barokowe zabudowania klasztorne Monastyru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy. Gdy jednak we wnętrzu monasterskiej cerkwi staniemy przed pieczołowicie rekonstruowanymi freskami pełnymi wielkookich i smukłych świętych i męczenników, poczujemy bliskość kultury bałkańskiej, jako że mnich, który jako pierwszy rozpisał w XVI wieku ściany, filary i sklepienie świątyni pochodził z Serbii. Ze względu na położenie na leśnej polanie oraz architekturę niektórych obiektów hotelowych miasteczko przypomina Białowieżę. A gdy zapomnimy o skandynawskich skojarzeniach drewniane domki przy ulicy 3 Maja przypomną nam architekturę osiedli fabrycznych łódzkiego okręgu przemysłowego. Stamtąd bowiem, a konkretnie ze Zgierza, przybyli przemysłowcy niemieccy, aby w przyklasztornej osadzie robić interesy bez konieczności płacenia ceł przy wwozie swoich tekstyliów na obszar Cesarstwa Rosyjskiego. Mnogość konotacji wynika z bogactwa funkcji jakie pełniło miasteczko. U zarania było to uroczysko w puszczy, na które z początkiem XVI wieku mnisi prawosławni przenieśli monastyr z nadto gwarnego Gródka położonego w górnym biegu rzeki Supraśli. Ponad 300 lat później rozpoczęła się dla osady epoka industrializacji, która na okres ponad 30 lat (do czasu wytyczenia linii kolei przez Białystok) zapewniła mu tytuł największego centrum przemysłowego w regionie, nagły wzrost liczby mieszkańców i widoczne do dzisiaj założenie przestrzenne miasteczka. W końcu, z początkiem XX wieku, dostrzeżono zalety letniskowo-kąpieliskowe, będące w szczególnej cenie wśród mieszkańców znacznie już większego Białegostoku. Na rynku pojawiły się domy na wynajem letnikom, powstawały sanatoria i ośrodki kolonijne, a od lat 20-tych XX wieku w okresie letnim rzesze spragnionych kąpieli i świeżego powietrza mieszczuchów były dowożone ze stolicy regionu kursującymi co godzinę autobusami. XXI wiek to okres zaniku funkcji przemysłowej, rozwoju infrastruktury turystycznej, oficjalne nadanie miastu statusu uzdrowiska oraz przyrost liczby mieszkańców wynikający z przenoszenie się na stałe za miasto licznych białostoczan.
Jako białostoczanin z urodzenia bardzo wcześnie zacząłem korzystać z uroków Supraśla. Jedno z najwcześniejszych wspomnień to wycieczka mojej grupy przedszkolnej do supraskiego lasu. Później do Supraśla jeździłem na ryby, nie tyle żeby je łowić – tym zajmował się znacznie sprawniej ojciec kolegi z podwórka – lecz by kontemplować widoki na nadrzecznej polanie zwanej Pólkiem; na narty biegówki, bo śnieg w lesie zalegał dłużej niż w mieście; w końcu rowerem dla czystej przyjemności zaliczenia górskiej premii między Ogrodniczkami a Krasnem. Przenosiny do Warszawy nie zerwały tych kontaktów, jeno że wyjazd wymagał już więcej czasu i zachodu. Nie było dziełem przypadku, że pierwszym turystycznym doświadczeniem mojej starszej córki, gdy miała raptem 10 miesięcy i obowiązywały jeszcze kartki na mięso, był pobyt w domku letniskowym w podsupraskim Zapiecku. Jako że tradycyjnie w czasach zarazy uciekało się z miast i zaszywało w lasach, postanowiliśmy w ostatnich tygodniach spędzić tam kilka wolnych dni. Mieszkaliśmy w pensjonacie w północnej części miasteczka, oddzielonej od reszty zabudowy dolinką z kompleksem stawów rybnych. Jesienią nie ma w nich wody, ale w sezonie wiosenno-letnim dobiega z nich żabie kumkanie, a ponad stawami widać w oddali wieże monasterskiej cerkwi Zwiastowania oraz kościoła poewangelickiego. Podobnie jak w okolicach monastyru rzeka Supraśl obmywa tu podnóże pokaźnego wzgórza, na którym stoi kilkanaście budynków wykorzystywanych głównie w celach letniskowych. Ta część miasteczka zwana jest uzdrowiskową ze względu na usytuowanie w niej szpitala uzdrowiskowego. W miejscowości gdzie budownictwo wielorodzinne jest absolutnym wyjątkiem sprawia przytłaczające wrażenie, nie tyle ze względu na wysokość, co na długość swej fasady. Najważniejsze jednak, że do lasu mieliśmy nie więcej niż 300 metrów, a do rzeki może ze 100. Z ciekawostek: Właścicielka prowadzi pracownię witraży. Nie wiem czy wykonuje prace wielkoformatowe, ale kolekcjonerzy aniołków i witrażowej ornitofauny znajdą tam coś dla siebie.
Spacer po okolicznych lasach Puszczy Knyszyńskiej jest daleki od monotonii. Sosna ciągle jest tu dominującym gatunkiem, ale, zwłaszcza na terenach podmokłych, wypiera ją świerk. A miejsc takich jest wiele, jako że prócz Supraśli i jej głównych dopływów (Czarna, Sokołda, Słoja, Płoska) las poprzecinany jest dolinkami pomniejszych cieków wodnych. Wyliczono, że w Puszczy Knyszyńskiej jest największe zagęszczenie obszarów źródliskowych na Niżu Polskim. Moim ulubionym jest źródełko na wschodnim krańcu Pólka, dużej śródleśnej polany rozciągającej się wzdłuż rzeki Supraśli z widokiem na rozległe łąki pokrywające dno doliny i zalesione wzgórza po jej północnej stronie. W ciepłe dni jest tu tłoczno i gwarno, ale poza sezonem miejsce emanuje spokojem. Źródełko wytacza swe wody spod niewysokiej skarpy, by po około 10 metrach biegu oddać je bezpiecznej toni większej rzeki. Tym razem poznaliśmy też objętą ochroną rezerwatową dolinkę strumienia Woronicza. Ścieżka przyrodnicza biegnie tam przez świerkowe bory przypominające południową tajgę przecinając wielokrotnie strumień po przerzuconych mostkach. Jej część wiedzie też trasą nieużywanej od lat kolejki leśnej. Początek i koniec ścieżki znajduje się na rozległej polanie służącej niegdyś składowaniu ściętych drzew przed wywiezieniem ich wąskotorówką do tartaków w Supraślu czy Czarnej Białostockiej. Na jej skraju powstaje obecnie zagroda pokazowa żubrów, których coraz liczniejsze stado bytuje w puszczańskich ostępach. Choć okolice Białegostoku nie kojarzą nam się z dramatycznymi różnicami wzniesień ani imponującymi wysokościami bezwzględnymi, to jest to teren polodowcowy bogaty w mozaikowo poprzeplatane wzniesienia morenowe, ozy, kemy, zagłębienia wytopiskowe i równiny sandrowe. W samym Supraślu przejazd z zachodniej części miasta do dzielnicy uzdrowiskowej wymaga pokonania dwóch wyraźnych grzbiecików, niewysokich, ale o stromych stokach. Las skrywa pomniejsze formy polodowcowe, a podczas spaceru co rusz natrafia się na mniejsze i większe wzniesienia. Króciutki grzbiecik Łysej Góry między Zapieckiem, a dolinką potoku Jałówka wznosi się prawie 50 metrów ponad dno doliny Supraśli, a zdobywanie jego kolejnych kulminacji szybko doprowadza do zadyszki nawet sprawne fizycznie osoby. Znacznie dłuższe i sięgające wysokości 211 m npm Wzgórza Świętojańskie stanowią wschodnią oprawę doliny prawostronnego dopływu Supraśli rzeczki Płoski. Spacer ich grzbietem z widokami na strome, pocięte głębokimi dolinami zbocza dostarcza bez mała beskidzkich wrażeń, zwłaszcza, że w drzewostanie dominuje na znacznych obszarach grab, przez co krajobrazy są takie … dolnoreglowe. Dodatkowo, na Górze Świętego Jana postawiono drewnianą wieżę widokową skąd podziwiać można pejzaż doliny Płoski przecinającej ciągnące się po horyzont morze lasów.
Imponujący pałac przy końcu ulicy 3 Maja w Supraślu ma wygląd i rozmiary jakich nie powstydziłyby się rezydencje fabrykantów łódzkich. Nie przez przypadek – Adolf Buchholz zbudował go dla swojej małżonki Adeli ze znakomitej rodziny łódzkich przemysłowców Scheiblerów. Rodzina Zachertów, równie ważna dla rozwoju przemysłu w miasteczku, nie musiała budować sobie pałacu. Za swą siedzibę obrali jedno ze skrzydeł kompleksu klasztornego, gdzie początkowo zresztą mieściła się też ich fabryka. Od siedemdziesięciu lat pałac Buchholzów jest siedzibą Liceum Sztuk Plastycznych. Obecność licznej grupy artystycznie ukierunkowanej młodzieży ożywia Supraśl. Prace uczniów i absolwentów są rozrzucone po terenie miasteczka i całej Puszczy Knyszyńskiej. Charakterystyczny witacz przy drodze od strony Białegostoku czy cmentarzyk Powstańców Listopadowych w Kopnej Górze są ich znamienitymi przykładami. Na wieży pałacu Bucholzów, od kiedy pamiętam, ulokowane jest ogromne bocianie gniazdo. Ptaki te średnio przeżywają 8-9 lat, a ledwo 2% ich populacji dożywa 20 roku życia. Tak więc z wieży na pałacu obserwuje miasto, nadrzeczne łąki i okoliczne lasy już szósta generacja bocianów. Tradycja ludowa mówi, że obecność bocianiego gniazda chroni domostwo przed pożarem. Poczucie bezpieczeństwa „od ognia” musi być w Supraślu duże skoro ośrodek szkoleniowy straży pożarnej mieszczący się przez lata w pokaźnym budynku w centrum został zlikwidowany w 2006 roku.
/>
Za głębokiego PRL-u piesze wycieczki po puszczy z metą w Supraślu często kończyły się wizytą w barze Jarzębinka. Był to wówczas chyba jedyny ogólnodostępny lokal w miasteczku. Atmosfera panowała tam mocno proletariacka, ale wieść gminna niosła, że serwowano najlepszą kaszankę w okolicy. Dzisiaj w miasteczku przekąsić można w wielu lokalach. Pomimo obowiązującej sprzedaży tylko na wynos otwartych pozostało tak wiele z nich, że każdego dnia zamawialiśmy posiłek w innym miejscu. Dawna Jarzębinka już nie istnieje, ale odrodziła się pod tą samą nazwą kilka domów dalej. Jako że Podlasie chlubi się potrawami z ziemniaków, a Supraśl corocznie organizuje mistrzostwa świata w ich przyrządzaniu, objadaliśmy się kiszką i babką ziemniaczaną oraz kartaczami z Jarzębinki, Łukaszówki i Spiżarni Smaków. Podobnie jak we Francji, gdzie zupa cebulowa przyrządzana przez różnych kucharzy musi czymś się różnić, tak i tu babka babce nie była równa, ale wszystkie były warte grzechu obżarstwa. Wsparte szeroką paletą pierogów, w tym wegańskich, z białostockiego lokalu o bezpretensjonalnej nazwie Pani Pierożek, tak nam dogodziły, że po raz pierwszy w historii wspólnych wyjazdów nikt nie zgłosił uwag krytycznych do żadnego z zamówionych dań. Puszcza Knyszyńska okazała się rajem smakosza.
Gdy wyjechaliśmy na skraj nadsupraskich łąk słońce chyliło się ku zachodowi. Jego pomarańczowo kula wisiała tuż ponad koronami drzew. Robiło się coraz chłodniej. Na sygnał instruktora ruszyliśmy najpierw kłusem, a potem galopem. Jechałem w ariergardzie naszej grupy i, zwłaszcza na zakrętach, widziałem przed sobą wszystkich jeźdźców. Drogę wśród łąk pokrywała wąska lecz gęsta warstwa mgły. Sięgała końskich brzuchów, skrywając ich nogi. Płynęliśmy wśród morza mgły niczym okręty! Te wspomnienia studenckich obozów jeździeckich w Puszczy Knyszyńskiej odżyły gdy spacerując po Supraślu dotarliśmy na przedpole monastyru do rozległej łąki zajętej przez pastwisko, ujeżdżalnie i stajnie klubu jeździeckiego Victoria. Korzenie aktywności jeździeckiej w miasteczku sięgają lat 90-tych XX wieku. Odwiedzałem wtedy Supraśl służbowo będąc częstym gościem Zarządu Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Tak wówczas jak i dzisiaj mieścił on się w uroczym dworku usytuowanym na skarpie między rzeką Supraśl, a zespołem klasztornym. Dworek zbudował w początku XIX wieku unicki biskup supraski, a później był on używany przez administratora dóbr fabrykanckiej rodziny Zachertów. Prócz podziwiania jego architektury miałem okazje poznać zespół pracujących tam wówczas ludzi. Była to niezwykle ciekawa i energiczna grupa. Prawdziwy rozsadnik pomysłów na rozwój Supraśla i jego okolicy. Jeśli się nie mylę przyczynili się do rozwoju supraskiego jeździectwa. Bez wątpienia natomiast znaleźli się wśród pomysłodawców Uroczyska – corocznego kilkudniowego wydarzenia reklamowanego jako spotkania z naturą i sztuką. Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że o atrakcyjności Supraśla decyduje nie tylko położenie i architektura, ale i ludzie, którzy wcielając w życie swoje pomysły czynią wizytę w tym miejscu tak ciekawą.

sobota, 3 października 2020

Kolorowe wspomnienia z Harzu

Czerwone światło zatrzymało nas na skrzyżowaniu w centrum Halberstadt. Dziwne to było miasto Anno 1980. Siedziba najstarszej diecezji, na wschodzie cesarstwa karolińskiego, z przepięknym, wzorowanym na katedrze w Reims kościołem św. Stefana i Sykstusa i dziesiątkami innych zabytków sakralnych i świeckich, w tym mnóstwem charakterystycznej dla miast przedpola Harzu zabudowy szachulcowej, miało pecha w czasie II Wojny Światowej. Pomimo, że był tu węzeł kolejowy, garnizon i fabryka części do bombowców Junkers bombardowania rozpoczęły się dopiero w 1944 roku. Ich apogeum przyszło 8 kwietnia 1945 roku gdy oddziały amerykańskie znajdowały się w odległości 40 km od miasta. Tego dnia 218 amerykańskich latających fortec B-17 zrzuciło na miasto 595 ton bomb pozbawiając życia ok. 2500 mieszkańców i zostawiając po sobie 1,5 mln m3 gruzu. Katedra przetrwała, ale jedna trzecia domów z pruskiego muru spłonęła, kolejną jedną trzecią zniszczyli wschodnioniemieccy urbaniści „odbudowując” miasto. Nic dziwnego, że skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną znajdowało się na pośrodku otwartej przestrzeni, z rzadka upstrzonej domami, za to z dobrym widokiem na kompleks katedralny. Terkoczący dzwonkiem, żółty wagon tramwajowy przecinał nieśpiesznie tą miejską pustynię. W końcu sygnalizator pozwolił mi ruszyć. Nowiutki Fiat 126p, nasz gierkowskiej odpowiednik Forda model T, skierował się w stronę katedry. Przy wrzuceniu dwójki, skrzynia biegów podejrzanie zachrzęściła, a drążek już bez pomocy sprzęgła począł swobodnie przemieszczać się między biegami. Dla naszego ”malucha” wyjazd do NRD był pierwszą tak daleką podróżą. Dotychczas sprawował się dzielnie, ale ta awaria nie powinna nas właściwie dziwić. Wszak słyszało się o egzemplarzach, które psuły się kilkadziesiąt metrów za bramą Polmozbytu (tak zwał się monopolistyczny odpowiednik dzisiejszego salonu sprzedaży). Szczęściem w nieszczęściu, nasz pojazd nie został całkowicie pozbawiony napędu, więc już po 2,5 godzinach dostojnie dotoczył się do Wernigerode, gdzie mieliśmy założoną bazę. Wkrótce okazało się, że w kraju dumnym ze zdolności technicznych swoich mieszkańców, naprawić można wyłącznie Trabanta lub Wartburga. Nie pomogły również, podesłane przez niemieckich znajomych, miejscowe „złote rączki”. Problemem był brak części zamiennych. Na szczęście, udało nam się napotkać, co było prostsze wówczas niż dzisiaj, rodaka, który przekonany przez ojca wziął nas na hol i przeciągnął 300 km na wschód, do Słubic gdzie naprawiania podobnych awarii było na porządku dziennym. Doświadczenie prowadzonego „malucha” na miękkim holu, po autostradzie, z prędkością przekraczającą 120 km/godz. było silny przeżyciem. Być może dlatego z samego pobytu w Wenigerode zostało mi niewiele wspomnień. Oczywiście, w pamięci utkwiło określenie „das Bunte Stadt am Harz” (kolorowe miasto Harzu) ukute w początkach XX wieku przez poetę Hermana Lönsa oraz obrazki ulic „w kratę”, na których całe pierzeje zabudowane były domami z pruskiego muru. W domowym albumie zostało też czarno-białe zdjęcie wspartego o kamienną balustradę na schodach wernigerodzkiego ratusza młodego mężczyzny z burzą czarnych włosów na głowie, w okularach o grubej oprawce i ledwo sypiącym się nad wargą wąsem. Tak, to moja podobizna sprzed 40 lat – ciekawe czy ktoś z dzisiejszych znajomych byłby w stanie mnie rozpoznać? Planując ostatni wyjazd w Góry Harzu nie ulegało wątpliwości, że bazę wypadową założymy znowu w Wernigerode, a ja wejdę na te same schody, oprę o barierę żeby zobaczyć czy widzę to samo co moje wcześniejsze czarnowłose wcielenie.
Rynek w Wernigerode zdominowany jest przez budynek ratusza, a właściwie kompleks budynków ratuszowych. Ściany zdobnego w smukłe wieżyczki, szachulcowego budynku ze spadzistym dachem, wieńczy sygnaturka, a ratuszowy zegar umieszczony jest, nietypowo, w połaci dachowej. Ściany zdobią fryzy z wyeksponowaną ryglową konstrukcją oraz służące za wsporniki wyższych kondygnacji drewniane figurki z przedstawieniem typów mieszczańskich i ich profesji. Kamienice wokół rynku pochodzą z różnych okresów, ale wszystkie postawiono z użyciem muru pruskiego. Jako, że ratusz tworzy południową pierzeję rynku jego centrum zajmuje, pochodząca z połowy XIX wieku, żeliwna fontanna dobroczyńców miasta. Wśród nich wymieniony jest pułkownik Gustaw Petri, który odmówił rozkazu obrony miasta przez Amerykanami i został rozstrzelany w kwietniu 1945 roku. Cóż, Niemcy to kraj, gdzie potrafi się docenić tych, którzy znając konsekwencje swego wyboru, nie zdecydowali się walczyć do końca. Wrażenie bogactwa kolorów nie pochodzi wyłącznie od powszechnego w mieście zwyczaju malowania wypełnień między belkami konstrukcji, ale także od barwnych elementów rzeźbiarskich w wystroju fasad. Tymczasem, kamieniczka będąca jednym z architektonicznych symboli miasta – Krummelsches Haus ma fronton od dachu po piwnice pokryte barokową, przebogatą, rzeźbiarską dekoracją pozostawioną jednak w kolorze naturalnego drewna. Fasada ta zawsze wzbudzała estetyczne emocje i byli chętni do jej nabycia. Aby temu zapobiec w połowie lat 20-tych XX wieku władze miasta wprowadziły wymóg zakupu budynku w całości skutecznie uniemożliwiając wywiezienie jego najcenniejszej części. Innym ciekawym budynkiem jest krzywy młyn, o którym foldery turystyczne mówią, iż jest bardziej odchylony od pionu niż słynna wieża w Pizie. W przyziemiu budynku aż do połowy XX wieku pracowało koło młyńskie. Napędzająca je woda żłobiła coraz głębsze koryto powodując osadzanie budynku. Jest to wyraźny przykład elastyczności konstrukcji szachulcowej, której drewniane elementy wygięły się, ale nadal utrzymywały spójność całej ściany. Zaraz na początku wybiegającej z rynku Breite Strasse w uroczej renesansowej kamieniczce z 1583 roku mieści się Cafe Wien. Jej wnętrza urządzono w kojarzącym się z naddunajską metropolią stylu Art Deco co stanowi kontrast z typowo wernigerodzka fasadą, przy której tworzeniu snycerz pofolgował swoim najdzikszym fantazjom. Nad miastem góruje zamek książąt von Stolberg-Wernigerode. Przez wieki pozostawał on w cieniu głównej rezydencji książęcej w Stolbergu. Dopiero około 1730 roku zmienił się jego status, ale musiało upłynąć jeszcze ponad sto lat nim książę Otto, zaufany współpracownik kanclerza Bismarcka, zamówił projekt przebudowy, która nadała zamkowi wygląd bardziej średniowieczny niż w jakimkolwiek okresie jego historii. Od 1930 zamek udostępniono zwiedzającym. Podczas pierwszego pobytu w Wernigerode nie mogłem go jednak zwiedzić. Nikt ze znajomych Niemców nie uważał go zresztą za atrakcję turystyczną. Oprócz jednej wzmianki w angielskiej wersji Wikipedii trudno znaleźć kto był jego użytkownikiem. Według tego źródła, w 1945 roku zajęła go radziecka administracja wojskowa. Znalazłem jeszcze informacje, że od lat 60-trych zaczęto przywracać jego oryginalne wyposażenie. Popularne, współczesne informatory historyczne okres od 1945 po 1990 po prostu pomijają. Aura usilnie podtrzymywanej tajemnicy zdaje się nasuwać odpowiedź: Po Rosjanach zamek zajęły NRD-owskie tajne służby. Tego rodzaju zagadki historyczne nie zaprzątają jednak głów masom turystów, dla których to najciekawszy obiekt w całym mieście.
Fzr65SAlY/X3hoJ03wccI/AAAAAAAAB2w/LPTG8OOjBgEUELDf9n55NcCFyp9GreZGwCLcBGAsYHQ/s600/DSC_0130.JPG"/>
Jako, że przebywaliśmy w granicach historycznego księstwa czuliśmy się w obowiązku odwiedzić jego współstolicę czyli Stolberg. Miasteczko położone jest po południowej stronie gór Harzu. W przeciwieństwie do Wernigerode ulokowane jest w głębi gór, a jego zabudowa ciągnie się wzdłuż kilku wąskich dolin. Z położonego na wzgórzu u zbiegu tych dolin zamku książęcego cieszy oczy widok na rozchodzące się odśrodkowo pasma krytych czerwoną dachówką domów przypominające kształtem wyciągniętą rozgwiazdę. Sam zamek jest ospale remontowany. Na razie ukończono jedno z jego skrzydeł oraz odrestaurowano ogrody zamkowe. Doprowadzenie go do kwitnącego stanu zajmie jeszcze lata, ale czuć w nim autentyzm miejsca, którego pozbawiony jest jego wernigerodzki odpowiednik. Mieszka tu ledwie ponad 1200 osób, o ponad 1000 mniej niż w roku 1833. Przy tej wielkości miasteczka wszędzie jest blisko, a zagęszczanie obiektów cennych historycznie i godnych obejrzenia wprost przytłacza. Prócz zamku i kościoła parafialnego zachowały się bramy miejskie, stara książęca mennica (o jej roli świadczy, że obok tych dwóch wyżej wymienionych jest największą budowlą Stolbergu) oraz ratusz. Ciekawostką jest, iż ten ostatni mając trzy kondygnacje nie posiada klatki schodowej. Na każde z pięter można dostać się zewnętrznymi drzwiami ze wspinających się po zboczu, wzdłuż budynku, kamiennych schodów. Pomnik urodzonego w mieście radykalnego reformatora kościoła oraz przywódcy XVI wiecznych buntów chłopskich Thomasa Müntzera, choć zaprojektowany jeszcze za NRD, nie razi pompatycznością ani nadmierną łopatologią przekazu. W końcu, Stolberg jest „typisch Harz”. Tym mianem określa się hercyńskie produkty regionalne z czego korzysta miejscowy producent pieczywa cukierniczego.
Goslar do 1989 roku leżał za żelazną kurtyną więc podczas wcześniejszej wizyty nie był dla nas dostępny. Obecnie jednak odległość 30 km nie stanowi żadnej przeszkody, aby odwiedzić ulubioną siedzibę cesarzy z dynastii salickiej. Jeden z nich, Henryk III, nakazał nawet pochować tu swoje serce. A jego syn Henryk IV właśnie z Goslaru wyruszył do Kanossy, aby ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII. Wydarzenia to pamięta romańskie palatium położone na południowym krańcu starego miasta z pięknym widokiem na pobliskie góry. Budowla korzeniami sięgająca XI wieku, w XIX wieku groziła już zawaleniem, ale ratunek przyszedł w ostatnie chwili ze strony Królestwa Prus, które nabyło obiekt i rozpoczęło jego rekonstrukcję. Wspaniała, romańska kolegiata św. Szymona i Judy nie dotrwała do czasów mody na historyzm. Rozebrano ją, za wyjątkiem północnego przedsionka, w roku 1820. Rekonstrukcja zbiegła się ze zjednoczeniem Niemiec, co narzuciło całemu przedsięwzięciu silny plan ideowy. Otóż zarówno monumentalne malowidła w największej sali Domu Cesarskiego, jak i pomniki w otoczeniu palatium miały nawiązywać do zjednoczenia oraz legendy o cesarzu Fryderyku Barbarossa. Cesarz, który w rzeczywistości utonął w rzece Salef podczas wyprawy krzyżowej, według legendy śpi w jaskini w masywie Kyffhäuser czekając na wezwanie, aby odnowić imperium. Wilhelm I, król pruski koronowany na cesarza Niemiec, był kreowany na wcielenie Fryderyka. Stąd obu władcom wzniesiono konne pomniki przed palatium. Prowadzące do nich monumentalne schody flankowane są przez kopie lwów brunszwickich. Te znalazły się w towarzystwie władców, aby wzmocnić jednościową narrację. W rzeczywistości były one symbolem saskiego księcia Henryka Lwa, zaciekłego przeciwnika Barbarossy, który w końcu skazał księcia na banicję. Goslar jednak zasłużył na posiadanie kopii lwów udzielając schronienia oryginałom w korytarzach kopalni Rammelsberg w latach 1943-45. Działająca przez ponad 1000 lat kopalnia Rammelsberg, gdzie dobywano rudy metali, w tym srebra, była przyczyną zainteresowania władców oraz źródłem bogactwa miasta. Zamknięta z powodu wyczerpania złóż w 1988 roku została wraz z goslarską starówką wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dla podkreślenia górniczych tradycji, najciekawsze miejsca miasta ozznakowane są wydatnymi bryłami rudy. Cztery razy dziennie pod zegarem na budynku kamery (zarządu finansów miasta) gromadzą się turyści, by podziwiać Glockenspiel – mechanizm napędza figurki odgrywające sceny związane z odkryciem złóż rudy i pracą gwarków w Rammelsberg. Jako miasto cesarskie, w dodatku czerpiące korzyści z górnictwa rud metali, Goslar dorobił się imponującej liczby obiektów uznanych z czasem za zabytkowe. Domów o konstrukcji szachulcowej jest tu nawet więcej niż w Wernigerode, jednak jaskrawość ich kolorów tonują charakterystyczne pokrycia dachowe z szarego łupka będącego ubocznym produktem działalności wydobywczej. Bardziej znaczące budowle np. te usytuowane przy rynku, w całości pokryte tym materiałem, zyskały wielce dystyngowany wygląd. Ulubionym miejscem spotkań mieszkańców miasta jest rynkowa fontanna – najstarsza i największa romańska fontanna w Niemczech. Wieńczący ją złoty orzeł cesarski jest jaskrawym dowodem na trudności artystów wczesnego średniowiecza w odwzorowaniu tego ptaka. Jakby się nie starali zamiast orła wychodził im kurek. Potwierdzi to każdy, kto widział denar Bolesława Chrobrego. W Goslarze zachowały się znaczne odcinki murów miejskich z imponującymi rozmiarem i precyzją architektoniczną bramami i basztami. W ich cieniu kryją się zaciszne parki i zieleńce. W wielu domach przetrwały oryginalne elementy architektury zewnętrznej: z łatwością można spacerować szlakiem rzeźbionych odrzwi czy zdobionych klamek.
Z odwiedzaniem zabytków sakralnych we wszystkich trzech miastach mieliśmy kłopot, nie tylko ze względu na towarzystwo czworonoga, ale, przede wszystkim, na niedostępność obiektów, całkowitą lub w godzinach, gdy akurat przebywaliśmy w pobliżu. Dlatego jedynym zwiedzionym, także wewnątrz, był kościół Gustawa Adolfa w Hahneklee na południe od Goslaru. Jedyny, ale za to jaki! Na niewysokim, pokrytym trawą wzgórzu wyrasta drewniana budowla o stromym, wielopołaciowym dachu i pnącej się ku niebu masywnej, centralnej sygnaturce. Jest to kościół słupowy wzorowany na kościołach staronorweskich z prowincji Vestland. Wzniesiony w latach 1907-08, jest znacząco większy od oryginałów norweskich, ale też musiał pomieścić nie tylko miejscowych wiernych, ale i rosnącą raptownie liczbę przyjezdnych. Podobnie jak pierwowzory, dzieli wiele rozwiązań technicznych oraz stylistykę zdobień ze szkutnictwem Wikingów. Zwłaszcza konstrukcja dachowa może przypominać odwróconą do góry dnem łódź. Popularne wśród Wikingów elementy zdobnicze takie jak węże, głowy smoka czy nawet swastyka są obecne także w tym kościele. Parafia utrzymuje braterskie stosunki ze społecznością ewangelicką skupioną wokół kościółka Wang w polskim Karpaczu.
Gastronomia niemiecka nie jest u nas nazbyt popularna, ale czego by nie mówić, karmi do syta. Nawet jeśli specjalizuje się w kuchni włoskiej czy greckiej to wielkość porcji będzie jak najbardziej niemiecka. Deser lodowy w szklanym pucharku to misterna konstrukcja wypełniająca naczynie o rozmiarach wazonu. Do większości restauracji bez problemów można wejść z psem. Trzeba się jednak liczyć z możliwością odmowy przyjmowania kart płatniczych innych niż Eurocard/Mastercad lub, wręcz, kart wydawanych przez banki zagraniczne. Ot, taka bankowa wersja „nur für Deutsche”. W dawnych miastach wschodnich Niemiec, trudno o obsługę w języku innym niż niemiecki. W miejscowej gastronomii nie spotkaliśmy, w przeciwieństwie do niemieckiego wybrzeża Bałtyku, żadnych pracowników z Polski. Za to w Wernigerode udało mi się zrealizować niespełnione zamówienie z Frankonii - „sechs Nürnberger Würstchen”. Kiełbaski jak kiełbaski, ale za to legenda tłumacząca ich rozmiar jest już pyszna. Otóż kiełbaskę wielkości małego palca można było serwować chętnym nawet po zamknięciu karczmy przez dziurkę od klucza. Z ratuszowych schodów w Wernigerode widać miasto bardziej kolorowe i ukwiecone niż przed laty. W ogóle, postęp w dziedzinie małej architektury i rozwiązań służących wygodzie użytkownika jest tym co różni dzisiejsze wschodnie Niemcy od tych pod rządami Honeckera (przywódca państwa i partii komunistycznej w latach 1971-89). Rynek jest też bardziej zatłoczony , gdyż w każdej z jego pierzei funkcjonują restauracje, kawiarnie i galerie sztuki czy sklepy z pamiątkami. Pod ratuszem można też natknąć się na obrazki nie do wyobrażenia w dawnej rzeczywistości. Oto mężczyzna o wyglądzie niskiej rangi urzędnika ściskający w rękach plik zadrukowanych kartek coś z nich odczytuje otoczony półkolem niemrawo oklaskujących go słuchaczy. Drugie, równie nieliczne, półkole tworzą oponenci mówcy z transparentami w rodzaju „Faszyzm nie przejdzie”. Porządku nad wiecem prawicowej partii AfD pilnuje jeden znudzony policjant. Nie wygląda to ani groźnie, ani atrakcyjnie. Czego z ratuszowych schodów nie widać, ale co powoduje prawdziwą różnicę, to świadomość, że Wernigerode nie jest już miastem w cieniu żelaznej kurtyny. Skręcając z rynku w Heidestrasse w ciągu 5 minut dojdzie się na stację kolei wąskotorowej, którą można dojechać na sam szczyt niedostępnego w czasach NRD Brockenu. A zmotoryzowany turysta może wybierać czy bardziej interesuje go zwiedzenie, położonych w podobnej odległości, katedry w Magdeburgu czy zamku Henryka Lwa w Brunszwiku. Co do przygód dostarczanych przez niewłaściwie wybrany środek lokomocji to muszę przyznać, że halbersztackie doświadczenie niewiele nas nauczyło. W roku 1990 wybraliśmy się z Podziomkiem w, a jakże, świeżo zakupionym „maluchu” w podróż poślubną do Hiszpanii. Dotarliśmy tam szczęśliwie, ale w drodze powrotnej spędziliśmy nieplanowane dwa tygodnie na kempingu w południowej Francji czekając na dostarczenie z magazynu w Turynie nowego silnika. Zebraliśmy tam mnóstwo ciekawych doświadczeni i zawarliśmy nowe znajomości, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.