piątek, 18 września 2020

Gdzie tańcują czarownice, czyli czy Orłowicz miał skłonność do przesady

„W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. (…) Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. (…) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” (…) Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, (…). I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy”. Ta relacja Mieczysława Orłowicza opisująca odbytą w roku 1908 wycieczkę w Karkonosze na lata ukształtowała opinię polskich środowisk turystycznych o zagospodarowaniu i stylu uprawiania turystyki górskiej w Niemczech. Równocześnie budowała ona poczucie wyższości naszego turysty nad niemieckim. Wszak tam gdzie swojski górołaz idzie, tam niemiecki jedzie; gdy u nas schroniska oddalone są o dzień drogi, tam o kilometr; gdy Niemiec gasi pragnienie piwem to Polak źródlaną wodą, gdy ten pierwszy stoi w kolejce za Bockwurstem, ten drugi zbiera chrust na rozpalenie ogniska, na którym uwarzy strawę. Mało kto zwracał uwagę na przesadę w ocenach nestora polskiej turystyki – przy takim zagęszczeniu schronisk winno ich być w Karkonoszach 200, a wówczas było tylko 20. Nie zawracano sobie również głowy faktem, ze turystykę zaczęto uprawiać w Karkonoszach ponad 100 lat wcześniej, podczas gdy w Karpatach Wschodnich, które były punktem odniesienia dla Orłowicza i jego towarzyszy z Akademickiego Klubu Turystycznego, jej historia obejmowała raptem kilka lat. Słowem abstrahowano od faktu, że turystyka w Niemczech była rozrywką masową mającą już znaczenie gospodarcze, podczas gdy na ziemiach polskich ciągle była zabawą stosunkowo wąskiego grona elit o odkrywczo-romantycznym podejściu do obszaru swych wędrówek. Udało mi się poznać góry wschodniej części Niemiec jeszcze w latach 70-tych XX wieku. Odwiedziłem wtedy zachodnią część Rudaw (Erzgebirge), Las Turyński i Harz. Oprócz podstawowej różnicy, że szlaki w górach znakowało się nie kolorowym paskiem a kółkiem oraz, że dystans na drogowskazach był pokazany w kilometrach, a nie w czasie potrzebnym do jego pokonania, w oczy rzucał się brak turystów na szlakach. Turystów w wydaniu plecakowym, bo spacerowiczów na parkopodobnych ścieżkach blisko miast jednak się spotykało. Istniejące w górach schroniska i gospody zostały zlikwidowane, za wyjątkiem tych, które przekazano związkom zawodowym lub młodzieżówce wschodnioniemieckiej partii komunistycznej (FDJ) na ośrodki wypoczynkowe. Przy panującej w byłej NRD kulturze kolektywistycznej indywidualne wałęsanie się po górach było wręcz podejrzane, grupowe zaś w oparciu o swoje obiekty mogły organizować tylko wyżej wymienione organizacje. Prawda, że nie miałem okazji zdobyć najwyższych szczytów w granicach tego Państwa, bo choć w owych czasach nikt nie nazywał ich Korona gór, to jednak nigdy i nigdzie nie brakowało ludzi kolekcjonujących wszelkie naj-, w tym zaliczających kolejne rekordy wysokości. Jednak Fichtelberg (1214 m npm) w Rudawach był zbyt daleko, zwłaszcza dla osób niezmotoryzowanych, od miejsca naszego pobytu w Klingenthal. Natomiast Brocken (1142 m npm) w Górach Harzu był obszarem zamkniętym, otoczonym murem, za którym specjalny oddział Armii Czerwonej oraz grupa wschodnioniemieckiej bezpieki Stasi, zajmowały się obserwowaniem zgniłego zachodu oraz przechwytywaniem informacji o zbliżającym się ataku NATO.
Przy dobrej pogodzie szczyt ten widać było wyraźnie z położonego u podnóża gór miasta Wernigerode, gdzie mieliśmy swoją bazę. Cóż, trzeba było jednak wtedy obejść się tylko widokiem bądź opisem zawartym w przedwojennych przewodnikach. Z pewnym poczuciem niespełnienia opuszczałem więc wówczas Góry Harzu. Wracając po 40 latach byłem ciekaw nie tylko jak zagospodarowano odzyskany dla turystyki szczyt, ale też jak zmieniła się turystyka w górach byłej NRD. Za bazę znowu wybraliśmy Wernigerode. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Ginko, pod samym lasem (ważne ze względu na potrzeby czworonożnego uczestnika wyjazdu), w dzielnicy zabudowanej ponad stuletnimi willami w stylu kurortowym. Można się było poczuć jak w Sopocie, brakowało wprawdzie szumu morza, ale w zamian dostawało się widok na Brocken najeżony wieżami zainstalowanej tam infrastruktury. Pensjonat mieścił się w willi o zastanawiającej nazwie Bogdanowo starannie wypisanej alfabetem gotyckim ponad drzwiami wejściowymi.
W ramach przygotowań do wycieczki na Brocken zaplanowaliśmy kilka coraz dłuższych spacerów. Harz to jedne z najstarszych, geologicznie rzecz ujmując, gór w Europie. Dał on nazwie orogenezie hercyńskiej – ruchom górotwórczym, które miały miejsce jakieś 300-360 mln lat temu. Góry maja tu strome zbocza i płaskie wierzchołki. Pomiędzy poszczególnymi gniazdami górskimi ciągną się rozległe płaskowyże pokryte łąkami, gdzie krajobraz przypominałby nasze Mazury czy Pojezierze Pomorskie, gdyby nie widoczne na horyzoncie znacznie wyższe szczyty, najczęściej te znajdujące się w gnieździe Brockenu. Większe miejscowości jak Wernigerode czy Goslar położone są stosunkowo nisko, całodzienna wycieczka z tej pierwszej miejscowości na Brocken oprócz pokonania 16 km wymaga też zmierzenia się z przewyższeniem blisko 900 metrów. Chyba, że skorzysta się z opisanych dalej ułatwień. W ramach przygotowań weszliśmy na Große Auerberg (580 m npm) aby obejrzeć wieżę widokową w formie podwojonego krzyża. Obiekt wzniesiony w latach 90-tych XIX wieku konstrukcyjnie naśladuje wieżę Eiffela. Nam nie udało się nań wejść z powodu zbyt późnej pory przybycia, ale dzięki temu nie zaznaliśmy tłoku, a z drogi zejściowej na parking przy pobliskiej szosie i tak widać było odległy o 32 km Brocken. Celem kolejnej wycieczki była malownicza dolina rzeki Bode, która wyżłobiła wypływając z gór w okolicy miasteczka Thale głęboki na 150 metrów i obramowany malowniczymi formacjami skalnymi jar. Po wschodniej stronie doliny wznosi się wzgórze Hexentanzeplatz (454 m npm), a po zachodniej Rosstrappe (403 m npm). Obydwie nazwy są opisowe pierwsza oznacza Miejsce Tańca Czarownic, bo tu właśnie miały one zbierać się przed odlotem na Brocken, druga to, w dowolnym tłumaczeniu, Koński Ślad odbity w skale przez rumaka legendarnej księżniczki Brunhildy uchodzącej przed olbrzymem Bodo. Dzielne zwierzę przeskoczyło cały liczący, bagatela, ze 200 metrów szerokości jar, a olbrzym nie dał rady i wpadł w przepaść. My wybraliśmy drugie ze wzgórz, które jest w mniejszym stopniu zagospodarowane niż jego vis-a-vis po przeciwnej stronie doliny. W mniejszym znaczy, że nie ma tam pawilonu wystawowego z malarskimi ilustracjami nocy Walpurgii czy teatru górskiego oraz odlanych z metalu figur wiedźm i diabłów. Reszta już porównywalna: hotele, restauracje, parkingi i stacje kolei linowych/krzesełkowych. Ale już zejście z Rosstrapppe na dno doliny oraz spacer w jej górnej części, ponad gościńcem Koenigsruhe ładnymi, naturalnymi ścieżkami, przez malowniczy las dolnoreglowy z pięknymi widokami i umiarkowanym ruchem turystycznym można, z czystym sumieniem, polecić osobom szukającym w górach spokoju i harmonii z naturą. Ostateczną próbą było wejście na Wurmberg (971 m npm), drugi pod względem wysokości w Harzu i najwyższy w zachodnioniemieckiej części szczyt tych gór. Podchodziliśmy z Braunlage, miejscowości typowo wypoczynkowej przypominającej nieco karkonoską Szklarską Porębą. Braunlage jest bazą, a Wurmberg areną największego w Harzu ośrodka narciarskiego. Liczne wyciągi oraz kolejka gondolowa przecinają zbocza góry. Wprawdzie we wrześniu pracuje tylko ta ostatnia, ale piechur musi się o tej porze roku wystrzegać straceńców zjeżdżających z góry na Monsterrollerach, czyli hulajnogach na grubaśnych oponach. Z ciekawostek pod samym szczytem przez długie lata funkcjonowała skocznia narciarska, której wieża sędziowska została, po zamknięciu obiektu, przekształcona na wieżę widokową. Drugą ciekawostką jest zbiornik wodny z fontanną pod samym szczytem wykorzystywany w zimie do naśnieżania stoków. Reszta typowa jak na Harz po wejściu/wjechaniu na szczyt trzeba przecie gdzie zjeść i wypić.
Pisząc o wycieczce na Brocken nie sposób pominąć roli kolejki wąskotorowej (Brockenbahn) na ten szczyt. Tak, to nie pomyłka, na szczyt wiedzie regularna linia kolejowa o rozstawie szyn 1000 mm. Buchające dymem lokomotywy ciągnące za sobą kremowo-czerwone wagony bez pomocy żadnej zębatej, trzeciej szyny są w stanie wdrapać się na wysokość 1125 m npm gdzie znajduje się stacja końcowa. Nachylenie trasy jest stałe i wynosi 3,3% przez co skład musi objechać szczyt 1,5 raza zanim osiągnie stację docelową. Trasa odgałęzia się od prowadzącej z Wernigerode do Nordhausen w Turyngii ponad 60 kilometrowej trasy Harzquerbahn. Trasa ma też odgałęzienie do Quedlinburga, a przed II wojna światową można też było nią dotrzeć do Walkenried u południowo-zachodnich krańców Harzu. Ta ostatnia linia została odcięta granica wewnątrzniemiecką, a następnie zlikwidowana na początku lat 60-tych XX wieku. Odgałęzienie na Brocken zostało zamknięte dla ruchu osobowego i w latach 1961-1989 służyło tylko zaopatrzeniu szpiegowskiego garnizonu na szczycie. Motoryzacja w NRD rozwijała się wolniej niż u zachodniego sąsiada i kolejka przetrwała stając się z czasem samoistną atrakcją turystyczną. Za czasów pierwszego pobytu w Wernigerode, w roku 1980 przejażdżka kolejką dostarczała dodatkowego dreszczyku emocji gdyż trasa częściowo biegła przez strefę przygraniczną gdzie wysiadać mogły tylko osoby ze specjalnymi przepustkami. Zakaz ten był egzekwowany przez patrole Narodowej Armii Ludowej uzbrojone jak do walki z Amerykanami. Oficerowie tej armii nosili, zgodne z tradycją, bufiaste na udach spodnie wpuszczone poniżej kolan w wysokie buty. Na zaszytych wśród gór i lasów stacyjkach brakowało tylko Klosa z Brunnerem, aby poczuć się jak za okupacji. Obecnie, w okresie letnim na szczyt dociera 5 składów z Wernigerode i dodatkowo 3 z Drei Annnen Hohne, które skomunikowane są z pociągami jadącymi od strony Turyngii. Nie są to częstotliwość budzące przerażenie Orłowicza, ale jednak w takim składzie mieści się około 200 osób co zapewnia szczytowym przybytkom gastronomicznym stały napływ gości. Na kolejkę można patrzeć jako na osiągnięcie techniczne lub Lewiatana wypluwającego zadeptujący góry tłum. Faktem jest jednak, że widok kolorowych wagoników i lśniącej od smarów lokomotywy wywołuje same sympatyczne reakcje. Jako, że na swej trasie linia przecina wiele dróg i ścieżek lokomotywka co chwilę używa sygnału, którego smętny odgłos dociera do najbardziej odległych zakątków gór, a dla mnie stał się dźwiękowym symbolem całej wycieki. Nas kolejka dowiozła do stacji w leżącej najbliżej Brockenu wsi Schierke skąd na szczyt mieliśmy jeszcze 6 kilometrów i 450 metrów przewyższenia. Wybranie tej opcji pozwala podziwiać położony powyżej stacyjki kompleks skalny zwany Fauerstein. Harz obfituje w wychodnie skalne, ale ta jest chyba najbardziej znana, gdyż jej wizerunek zdobi etykietkę ziołowego likieru miejscowej produkcji. Jednak Fauerstein nie byłby tak dobrze widoczny gdyby nie wycięto martwego lasu świerkowego na jego przedpolu. Harz jest bowiem miejsce katastrofalnej gradacji kornika. Tutejsze monokultury świerkowe, dodatkowo osłabione przez kwaśne deszcze, nie były mu się w stanie oprzeć. Ogromne połacie zboczy, np. zachodnie stoki Brockenu pokryte są sterczącymi w niebo suchymi pniami. Gdzie indziej, zwłaszcza na obrzeżach Parku Narodowego Harzu prowadzi się ich wyrąb i wywózkę. Równocześnie zakłada się bierną renaturalizuję lasów, które na tych wysokościach w znacznie większej części powinny być budowane przez drzewa liściaste np. buki. W wielu miejscach widzieliśmy tablice, na których administracja leśna tłumaczyła powody takiej katastrofy oraz przybliżała przyjętą strategię działania. Ogłoszenia podobnej treści podawane były także w wagonikach kolejki jadącej na Brocken. Takie starania dotarcia do świadomości osób odwiedzających góry muszą budzić szacunek. Każda okazja, czas i miejsce są dobre, aby się czegoś nauczyć. W tym przypadku zarządzania przyrodą w sposób zrównoważony.
Patrząc na mapę turystyczna Harzu można doznać oczopląsu. Wylicza ona 50 (tak, tak!) rodzajów szlaków pieszych, wyznaczanych przez kilkanaście organizacji, każdy ze swoim systemem znakowania. Dodajmy do tego 20 rodzajów szlaków rowerowych i oraz szlaki do turystyki konnej, narciarskiej czy nordic-walking. Niezły galimatias! Na szczęście w realu jest znacznie prościej. Oznakowanie spotyka się rzadko, a jeśli już to na wbitych wzdłuż drogi drewnianych słupkach lub na drogowskazach. Te ostatnie są na każdym skrzyżowaniu czasem nawet w zbyt dużej ilości. Trzeba tylko znać potoczne nazwy ścieżek, bo kierunkowskaz może wskazywać drogę do określonego celu, ale różnymi drogami! Przydatna jest też znajomość nazw punktów pośrednich. Wskazanie odległego punktu docelowego jest raczej wyjątkiem niż normą i to tylko na głównych drogach dojściowych. Wybrawszy ciekawsze, acz dłuższe zejście z Brockenu do Wernigerode ani razu nie natknęliśmy się na drogowskaz z nazwą tego miasta. Nasze wejście na kulminację Harzu odbyło się więc początkowo wzdłuż gruntowej Glasshuttenwegg, a następnie po Brockenstrasse – regularnej asfaltowej ulicy zbudowanej niegdyś dla potrzeb szczytowego garnizonu. Tłum pieszych i rowerzystów gęstniał z każdą minutą marszu w kierunku szczytu. Na Brocken wiodą tylko dwie drogi dojściowe z czego zdecydowanie popularniejsza jest południowa zbierająca ruch także ze wschodu i zachodu. Co najmniej co piąty człowiek na tej drodze był rowerzystą. Po osiągnięciu podszczytowego płaskowyżu tłum nagle się rozpierzchł. Mogło to być rezultatem przenikliwego, wilgotnego wiatru smagającego pozbawione lasu szczytowe partie Brockenu, lecz faktem jest, że było gdzie schronić się przed tą niedogodnością. Szczyt jest wyjątkowo gęsto zabudowany: mamy więc stację kolejową z wszelkimi towarzyszącymi usługami, hotel wraz z kompleksem gastronomicznym, muzeum Brockenu z informacja turystyczną, wieżę przekaźnikową radia i telewizji oraz budynek stacji meteorologicznej. Oprócz stacji kolejowej są to obiekty wielopiętrowe z platformami widokowymi w górnej części. Małą architekturę reprezentują XIX wieczny schron turystyczny, stos kamieni wyznaczających najwyższy punkt Harzu czy upamiętnienia wizyt na szczycie Goethego i Heinego. Ten ostatrni uwiecznił wycieczkę z 1824 roku słowami „Viele Steine, müde Beine, Aussicht keine, Heinrich Heine” (Wiele kamieni, bolące nogi, zero widoków) nakreślonymi w, wówczas już prowadzonej, księdze wejść na szczyt. W narzekaniu na brak widoków poeta nie mógł być odosobniony. Statystycznie przez 300 dni w roku szczyt ginie w chmurach i mgle. My mieliśmy więcej szczęścia nie na tyle jednak by zobaczyć większość z miejsc wskazanych na wpuszczonych w grunt metalowych tabliczkach kierunkowych.
„Jeśli wejdziesz między wrony tedy krakaj jako ony”. A jeśli wejdziesz na Brocken tak jak wszyscy inny kieruj się w kierunku baru pod chmurką (do restauracji stoi kolejka, a i tak nie wpuszczają tam z psem). Wzmocnieni Bockwurstem w bułce i kubeczkiem gorącego grogu śpiesznie opuściliśmy szczyt wybierając drogę ku północy. Z wagonika zjeżdżającej ze szczytu kolejki pomachał do nas gość, który kilka godzin wcześniej razem z nami wyjechał z Wernigerode. Droga zwała się Heineweg i była wyłożona betonowymi, perforowanymi płytami. Zejście z niej na gruntowe drogi prowadzące ku wschodowi przez dolinę strumienia Ilse i dalej ku Wernigerode oznaczało koniec towarzystwa ludzkiego oraz ciszę przerywaną tylko głosami ptaków i przejmującym świstem dalekiej lokomotywy. Od rozdroża Molkenhausstern teren się wypłaszczył, a lasy były mniej zniszczone przez kornika. Końcowe zejście stromą ścieżynką wzdłuż kaskad małego strumienia do doliny Holtemme swoją malowniczością zadowoliłoby każdego karpackiego konesera. Z pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy na skraj Wernigerode. Mieliśmy szczęście! Ostatni kursowy autobus do centrum miasta wyruszał za 5 minut. Harz to dziwne góry. W częściach szczytowych są znacznie bardziej ucywilizowane i nasycone infrastrukturą niż w partiach niższych i bliższych siedzibom ludzkim. Dzięki temu jednak zarówno miłośnik zdobywania korony gór i poznawania jak zmienia się smak piwa wraz z wzrostem wysokości nad poziom morza, jak i miłośnik samotnych wędrówek i podpatrywania ptaków znajdzie w nich coś dla siebie. To prawda, że momentami bywało tam tłoczno, ale ani przez moment nie czuliśmy się niezręcznie czy niebezpiecznie. Turyści są życzliwi wobec siebie i wyglądają na dobrze przygotowanych do przebywania w górach. Nawet zjeżdżający z Wurmberga na monsterreollerach miłośnicy adrenaliny zwalniali i pozdrawiali nas przyjaznym Tschüs! Nie zaobserwowaliśmy też żadnych napięć na linii piesi – użytkownicy dwukołowców czy przejawów niechęci wobec właścicieli psów. Te ostatnie muszę wędrować po parku narodowym na smyczy w okresie marzec-lipiec i w pozostałych miesiącach, o ile należą do ras myśliwskich i gończych. Pozostałe można spuścić z uwięzi jeśli się nad nimi panuje. Dla pewności jednak wszystkie idą grzecznie na smyczy. Turystyka górska w Niemczech ciągle jest bardziej skomercjalizowana niż w Polsce, ale tłokiem na górskich szlakach na pewno już Niemcom dorównujemy. I zdaje się, że gdyby Orłowicz miał szansę wyprawić się obecnie w Tatry czy Bieszczady jego doznania mogłyby być wielce podobne do tych spisanych przed ponad wiekiem po wycieczce w Karkonosze.

piątek, 31 lipca 2020

Wyspa Najświętszej Marii Panny


Ciekawe ilu mieszkańców zachodniopomorskiego Wałcza portafiłoby, bez pomocy Google maps, zlokalizować na mapie Kwidzyn. Na pewne jeszcze mniejsza liczba mieszkańców tego grodu potrafiłaby odpowiedzieć na pytanie co łączy obydwa miasta. Zważywszy na położenie w różnych częściach Polski odpowiedź, rzeczywiście, może nie być prosta. Jeśli jednak pójść za tropem niegdysiejszej przynależności państwowej znajdziemy się na ścieżce wiodącej ku satysfakcjonującej odpowiedzi. I Wałcz i Kwidzyn należały od 1772 roku do jednego państwa: Królestwa Prus, Cesarstwa Niemieckiego i w końcu III Rzeszy. Co więcej należały też przez ponad 100 lat do jednej jednostki administracyjnej - rejencji (odpowiednik obecnego województwa), a stolicą tejże było miasto Kwidzyn. Załatwienie spraw formalnych w stolicy rejencji, zważywszy na ponad 200 km dystans dzielący te miasta, musiało być dla ówczesnych wałczan prawdziwym wyzwaniem. Na mniej lub bardziej dogodne połączenie kolejowe mogli liczyć dopiero od lat 80-tych XIX wieku.

W Niemczech lokowanie funkcji administracyjnych, naukowych i kulturowych w mniejszych miastach ma długą tradycję. Kraj pozostając przez wieki podzielony na udzielne księstwa i wolne miasta ustanawiał w ich stolicach urzedy nowoczesnego państwa mimo, że inne ośrodki miejskie w epoce industrializacji, pary i elektryczności osiągały znacznie większe rozmiary. Nawet we współczesnej RFN na 13 landów, które nie sa miastami, w 5 stolice nie są ulokowane w największych miastach. Tak więc  Kwidzyn od roku 1815 był stolicą rejencji. Daleki Wałcz był porównywalnej wielkości, ale znacząco większe Toruń i Grudziądz też musiały się pogodzić ze swoją podległością wobec miasta nad Liwą. Jeszcze większą role odgrywał Kwidzyn w niemieckim systemie wymiaru sprawiedliwości. Funkcjonował tam mianowicie Wyższy Sąd Krajowy (Oberlandesgericht), czyli odpowiednik dzisiejszych sądów apelacyjnych. Nawet składający apelację od wyroku sądu krajowego w Gdańsku musieli pofatygować się przed oblicze kwidzyńskiej Temidy. Po zmianach granic w wyniku I Wojny Światowej tak Wałcz jak i Gdańsk uniezależniły się od Kwidzyna, ale z podległością musiało się pogodzić kolejne większe miasto, a mianowicie Elbląg. 





Taki stan rzeczy skutkował nadreprezentacją w mieście urzędników i osób z wyższym wykształceniem. Zasilali oni znacząca liczbę instytucji funkcjonujących w budynkach o budzącej respekt oficjalnej architekturze. Jako, że klasa ta miała swoje specyficzne potrzeby w mieście funkcjonował teatr i liczne szkoły kształcące kolejne pokolenia urzędników. Prusy były państwem urzędniczo-wojskowym więc jednymi z najbardziej wyrazistych budynków w mieście były koszary stacjonujących tu jednostek wojskowych. Interesanci urzędów, przybywający do Kwidzyna z odleglych miejscowości musieli się gdzie posilić i odpocząć. Stąd w mieście było wiele restauracji, kawiarni i hoteli. Kiedy w 1982 roku, czyli 37 lat po utracie jego dawnej pozycji, po raz pierwszy odwiedziłem to miasto już w kilka godzin po opuszczeniu pociągu odniosłem wrażenie swoistego przeskalowania. Choć liczba mieszkańców znacząco przekroczyła już przedwojenną to ulice i stojące przy nich budynki ciągle zdawały się być zbyt duże jak na ich potrzeby.

Zanim stał się ważnym ośrodkiem administracji państwowej Kwidzyn był, od roku 1243, centrum utworzonej przez Krzyżaków diecezji pomezańskiej. Stąd jego najważniejszym zabytkiem jest gotycka katedra. Sama w sobie pokaźnych rozmiarów (długa na 86 metrów, z wieżą wysokości 59 metrów) złączona z równie okazałym zamkiem kapituły pomezańskiej przytlacza rozmiarami swoje sąsiedztwo. Jako, że wznosi się na krawędzi doliny Wisły, w głąb której wysuwa długi na 55 metrów zadaszony korytarz wiodący do wieży latrynnej (gdaniska), szczególnie imponująco wygląda od strony zachodniej. Do czasu zbudowania, przed 40 laty, kompleksu zakładów celulozowo-papierniczych nie miała konkurencji jako widoczna z daleka dominanta krajobrazowa. Do północnej ściany katedry dobudowana jest kaplica grobowa starosty kwidzyńskiego i prabuckiego Ottona Friedricha von der Groben. Witalność pruskiego arystokraty przejawiała sie nie tylko w liczbie trzech żon, osiemnaściorga dzieci i nieokreślonej ilości kochanek, ale też w nieodpartej żądzy przygód. W służbie Hiszpanii i Wenecji walczył z Turkami, pod flagą Wielkiego Elektora Fryderyka Wilhelma zakładał brandenburskie kolonie na wybrzeżu Zatoki Gwinejskiej, pod koniec życia w służbie króla Polski Auguta II Mocnego dosłużył się rangi generała-pułkownika. Jurność von Grobena znalazła odbicie w zewnętrznym wystroju rzeźbiarskim kaplicy. Na krawędzi dachu oddano go w godnej Dekamerona pozycji miłosnej podczas gdy po bokach dwie żeńskie postacie (żony?) wznoszą modły za jego grzeszną duszę. Z drugiej, północnej strony katedry, nad przedsionkiem można zobaczyć czternastowieczną mozaikę z wizerunkiem męczeństwa św. Jana oraz adorującego go biskupa wykonaną przez artystów ze szkoły weneckiej, przypuszczalnie tych samych, którzy pracowali nad olbrzymią figurą Najświętszej Marii Panny na wschodniej fasadzie zamku malborskiego.




ahoj przygodo


We wnętrzu katedry prócz ciekawych  nagrobków, ołtarzy czy jaskrawo kolorowych osiemnastowiecznych konfesjonałów najciekawsze są pochodzące z końca XIV wieku malowidła ścienne. Biegną one, trzymetrowej wysokości pasem, przez całą długość obydwu naw bocznych kościoła. Stanowią wizualizację Złotej Legeny Jakuba de Voragine oraz wizji świętej Brygidy Szwedzkiej. Osobiście najbardziej mnie ucieszyło, że mój patron św. Krzysztof znalazł się na dwóch scenach, ale pewnie więcej zaciekawienia wywołuje wizerunek brodatej kobiety - św. Wilgefortis, zwanej na tych terenach Kummernis. Malowidła zostały zamalowane wraz z nastaniem refomacji, a rekonstrukcja w latach 60-tych XIX wieku pozbawiła je nieco  dawnej wyrazistości, ale wizerunek odzianego w długie szaty brodacza na krzyżu dekonspirują zrzucony z jednej stopy bucik oraz figura skrzypka u podnóża krzyża, bedące atrybutami własnie tej świętej. Drzwi do kaplicy von Grobena obite są blachą, na której w połowie XIX wieku wytłoczono sceny zwycięskich bitew przeciw Turkom oraz hołdu oddanego podróżnikowi przez tubylczą ludność wybrzeża Zatoki Gwinejskiej. Całość uzupełnia już niebudząca kontrowersji inskrypcja "Disce  vivere ut scias mori" czyli "Ucz się żyć, abyś rozumiał umierania". Niestety poza te drzwi nie udało nam się zajrzeć, przez co wspaniały barokowy nagrobek starosty i generała-pułkownika znamy tylko z opisów i fotografii. Za to, odpłatnie i z przewodnikiem obejrzeliśmy część zaołtarzową katedry, gdzie znajduje się cela, w której skończyłą swój świętobliwy żywot błogosławiona Dorota z Mątowów oraz krypta Wilekich Mistrzów Zakonu Najświętszej Marii Panny. Poszukując doczesnych szczątków błogosławionej w podziemiach katedry natrafiono na szkielety trzech mężczyzn pochowanych w bogatych szatach. Spoczywających tu krzyżackich Wielkich  Mistrzów łaczy pewna niedoskonałość ich losów. Werner von Orseln został zasztyletowany w 1330 roku przez niezadowolonego z jego decyzji współbrata, Ludolf Koenig von Wattzau został odsunięty od władzy w rezultacie choroby psychicznej, a Henryk von Plauen, choć obronił Malbork przed wojskami Jagiełly w 1410 roku, uchodził za osobnika wyawansowanego przypadkiem z niskiego stanowiska komtura w Świeciu i w dodatku osobę trudnego charakteru. Przez szklaną taflę odwiedzający mogą obejrzeć brodate manekiny w kolorowych szatach. Wszystko to nieco kontrowersyjne wizulanie, ale ubarwione ciekawą narracją przewodnika na pewno podoba się licznym krajowym i zagranicznym turystom. 











Z katedrą sąsiaduje kwidzyński rynek choć przez długie 65 lat po wojnie trudno się było domyślić tego faktu. To znaczy, przez pierwsze 2,5 miesiąca od zajęcia miasta przez Armię Czerwoną był  to prawdziwy rynek i serce miasta z ratuszem z czerwonej cegły, którego wieża starałą sie konkurować wysokością z wieżami katedry i zamku. Pierwsi polscy osadnicy zapamietali następujący obraz dzielnicy staromiejskiej: "Miasto było zadbane, wszędzie kaskady wiosennej zieleni. Pamiętam, że naprzeciwko katedry była piękna apteka. Na ulicy Braterstwa Narodów, do samej katedry stały domy, pięknie oszklone sklepy. W części z nich znajdowały się takie grube, wypukłe szyby. I zaraz potem wszystko to zostało spalone". W dziesiątą rocznicę zdobycia miasta przez Armię Czerwoną przewodniczący Mieskiej Rady Narodowej opisał okres tuż powojenny w następujący sposób: "Najpierw Kwidzyn stał  się szpitalem, bo był pięknym miastem i pustym, ale złośliwość nielicznej grupy pozostałych  Niemców i bezmyślność maruderów wojennych powoduje, że cała śródmiejska, bogata dzielnica handlowa wraz z zabytkowym ratuszem staje się łupem płomieni". Ci maruderzy to rekonwalescenci wielkiego frontowego szpitala w jaki Armia Czerwona zamieniła miasto. Złośliwi Niemcy to garstka staruszków i kobiet z dziećmu zbyt małymi by ryzykować zimową ucieczkę przed frontem. Grupa druga stanowiła raczej ofiarę grupy pierwszej i na pewno nie bawiły się one razem zapałkami. Wojskowe władze sowieckie nie pomagały w gaszeniu ognia, ale broniły przed nimi okolice zajmowanych przez siebie obiektów. W ten sposób większość gmachów publicznych, zajętych na szpitale, ocałała z pożogi.

W każdym razie ruiny zostały rozebrane, cegła z odzysku zostałą wysłana do odbudowującej się Warszawy, a gruz nie nadający się do odzysku jeszcze 10 lat po wojnie zawalał chodniki, place i ulice. Kaprysowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który w podstawie ratuszowej wieży dopatrzył się reliktów starszej budowli, zawdzięczał Kwidzyn, że prócz jednej zachowanej kamienicy pustkę po południowej stronie katedry przez długie lata urozmaicał jeno dwukondygnacyjny ceglany obelisk. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku po poludniowej i wschodniej stronie rynku powstało osiedle mieszkaniowe Stare Miasto. Stanowiło ono architektoniczne zaprzeczenie koncepcji tradycyjnego, a zwłaszcza średniowiecznego, miasta. Podobne osiedla wyrastały w wielu małych i średnich miastach tzw. Ziem Odzyskanych np. w Malborku. Szczęśliwie zaprojektowano je jeszcze za pierwszego sekretarza PZPR Gomułki, bo za jego następcy Gierka miasto mogło liczyć już tylko na większe, pięciokondygnacyjne bloki z prefabrykatów. Dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku Towarzystwo Budownictwa Społecznego zabudowało dwie pozotałe pierzeje rynku kamienicami naśladującymi zewnętrznie te sprzed ponad 70 lat. Kwidzyn ma więc znowu rynek, niestety jego miastotwórcze funkcje zostały zapomniane, a centrum z miejskimi usługami i pokusami przeniosło się na dalsze ulice. Z czasem pewno pojawią się pomysły jak przywrócić życie temu miejscu, ale póki co jest tu raczej sennie, nawet w środku dnia.







Kwidzyn kultywuje pamięć plebiscytu z 1920 roku oraz działalności mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich. Tymczasem ostoją polskości był raczej sąsiedni powiat sztumski gdzie na listę polską padło bez mała 20% głosów - najwięcej na całym obszarze plebiscytowym. Natomiast Kwidzyn jako stolica regionu był siedzibą licznych organizacji polskich oraz centrum agitacji propolskiej chociaż ludność polska stanowiła tylko nieco ponad 2% przedwojennej liczby mieszkańców. Tu  urzędowała też komisja międzysojusznicza ds. rządu i administracji pod przewodnictwem Włocha - gen. Pavio. Po ewakuacji wojsk niemieckich do Kwidzyna przybył batalion wojsk włoskich. Obecność zagranicznych komisarzy oraz wojska nie spełniła oczekiwań Polaków oraz nie uzasadniła obaw Niemców. W okresie kampanii przedplebiscytowej odwiedziło miasto pewnie więcej cudzoziemców, w tym Polaków, niż przez całe poprzednie stulecie. Nie zmieniło to faktu, że w powiecie kwidzyńskim za przynależnością do Niemiec opowiedziało sie ponad 92% głosujących. W okresie plebiscytowym w mieście powstał, a następnie aż do 1939 roku kontynuował działalność konsulat Polski. Jednak siedziba władz okręgu Związku Polaków w Niemczech znajdowała się, ze względów demograficznych, w Sztumie. Kwidzyn natomiast posiadał jedno z dwóch w Niemczech polskich gimanzjow. Chociaż działało ono tylko przez dwa lata szkolne zostawiło po sobie wspomnienie swoistych polskich Aten. Nawiasem mówiąc jego lokalizacja we wschodniej części miasta "za torami" w momencie jej przyznania uważana była za szykanę, ale wkrótce okazalo się, że ta dzielnica rozwijała się najszybciej aż do wybuchu wojny. Budynek szkoły zachował się, nadal pełni swa pierwotną funkcje i wyróżnia się elegancką, modernistyczna architekturą. Symbolem Zwiążku Polaków w Niemczech był znak graficzny zwany Rodłem. W dzisiejszym Kwidzynie nazwę tą nosi jedno z rond, spółdzielnia usługowo-produkcyjna, a także klub piłkarski. 



A gdzie znajduje się tytułowa Wyspa Najświętszej Marii Panny? Nigdzie, a jednocześnie wszędzie. Krzyżacki założyciel miasta Herman von Balk nazwał je w 1233 roku Insula Sancte Mariae, co na niemiecki zostało przełożone jako Marienwerder. Werder we współczesnej niemczyźnie to wyspa rzeczna powstała z naniesionych prądem piasków. Żuławy Wiślane w czasach niemieckich nosiły zbiorczą nazwę Werder. Rzekomo  pierwotna lokacja miała miejsce na oddalonej 5 km na północ od współczesnego Kwidzyna Żuławie Kwidzyńskiej, a na obecne miejsce miasto przeniosło się później. Tyle, że śladów materialnych po tej osadzie nie znaleziono. Wszystkie zlokalizowane przedkrzyżackie grodziska budowano na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły. Kto zresztą chciałby budować na terenie zalewowym tworzyłby prawdziwe "zamki na piasku". Natomiast gród ulokowany na wysokim brzegu, pociętym dodatkowo zbiegającymi w dolinę strumieniami, był naturalnie zabezpieczony przed atakami wroga, a mieszkańcy mogli w nim czuć się bezpiecznie, niczym na wyspie. Może zresztą w nazwie chodziło nie tyle o wyspowe ukształtowanie terenu, lecz o fakt pozostawania symboliczną wyspą chrześcijańską na morzu pruskiego pogaństwa? Polska nazwa wywodzona jest od nazwy pruskiego grodu Quedino, którego lokalizacja też nie jest jasna: czasem szuka się go w okolicy obecnej ulicy Starozamkowej, gdzie wznosiła się najstarsza siedziba biskupa pomezańskiego, a czasem jednak na wiślanej wyspie przy założeniu, że rzeka niegdyś płynęła bliżej miasta niż obecnie. Nawiasem mówiąc, współczesny Kwidzyn ulokowany jest na swoistym półwyspie, w wielkim kolanie rzeki Liwy. Płynie ona ku południowi stanowiąc wschodnią granicę miasta po czym skręca ku północy tocząc swe wody równolegle do Wisły i na tym odcinku jej bieg wyznacza zachodnią granicę Kwidzyna. Oparcie, na tak długim odcinku, granic miasta o barierę naturalną jaką jest rzeka jest w Polsce absolutną rzadkością.



Ciekawe, że miasto o tak bogatej historii, wybitnych zabytkach i, w porównaniu z innymi miastami wschodniopruskimi, umiarkowanie zniszczone w rezultacie II Wojny Światowej nie jest w jakiś szczególny sposób rozpoznawalne turystycznie. Przyczyną nie może być brak infrastruktury turystycznej: znaleźliśmy przyjemne miejsca zarówno na kawę i lody jak i elegancki obiad, a przy punkcie sprzedaży biletów do  katedry jest przyzwoicie wyposażona księgarnia turystyczna i sklep z pamiatkami. Miasto jest też znakomitym punktem wypadowym w okolicę bogatą w atrakcje. Nam udało sie odwiedzić Prabuty, które chociaż mają na rynku fontannę Rolanda zdobiącą niegdyś otoczenie jednej z krajoznawczych ikon Berlina - kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma i cieszą sie pięknym położeniem nad jeziorem, to jednak z punktu widzenia turysty są miastem martwym, gdyż ich najcenniejsze zabytki konkatedra i kaplica polska są zamknięte na klucz. Ciekawa była też wycieczka do pozostałości mostu kolejowego wiodącego przez Wisłę do Opalenia czy portu rzecznego w Korzeniewie z XIX wiecznym wodometerem zamienionym na kaplicę. Największe wrażenie zrobił na nas jednak XVI wieczny dwór obronny mieszczący obecnie pensjonat i restaurację w Podzamczu. Obiekt jest obronny nie tylko ze wzgledu na architekturę, ale i położenie na samej krawędzi doliny Wisły. W pokojowych czasach oznacza to piękne widoki na nizinę między Liwą a Wisłą, wzgórza z drugiej strony rzeki oraz położony nad nią gniewski zamek. Moje osobiste wytłumaczenie niskiej rozpoznawalności Kwidzyna jest takie, że turystyka nie jest najważniejszym źródłem dochodów miasta. Wielkie zakłady celulozowo-papiernicze oraz kilka innych prężnych przedsiębiorstw dostarczają mieszkańcom pracy, a miastu podatków. Władze lokalne nie muszą się więc nadmiernie koncentrować na promocji i rozwoju sektora turystycznego. A mieszkańcy, może po prostu, patrząc na najazd turystów na sąsiedni Malbork życzą sobie więcej spokoju. 














Czyli Wyspa Naświętszej Marii Panny i w tym obszarze wykazuje swą wyspową naturę.