piątek, 15 listopada 2019

Świętokrzyskie atrakcje miasteczek tranzytowych


Droga od Opatowa zataczając łagodny łuk poczęła się obniżać. Ponad rozległą doliną Koprzywianki ukazały się wzgórza obramowujące ją od zachodu. Minęliśmy tablicę graniczną Klimontowa. Zanim pojawiły się pierwsze zabudowania, ponad opadające w dolinę stoki wychynęły dachy dwóch kościołów: czerwony i zielony. Ten pierwszy jest bardzo stromy i zwieńczony smukłą sygnaturką. Zanim zniknął za zakrętem, zoczyliśmy jeszcze kremowy, manierystyczny szczyt fasady oraz daszki kryjące przyległe kaplice. Ten drugi pnie się ku górze majestatyczną kopułą zwieńczoną strzelistą latarnią i krzyżem. Kopułę flankują dwie niższe od niej wieże, przykryte barokowymi hełmami. Wkrótce i ta świątynia została z tyłu, natomiast pojawił się widok na dachy miasteczka, a na horyzoncie, na taflę wód zbiornika szymanowickiego. Mijając dwa skrzyżowania, jakieś warsztaty i sklepy, chaos przydrożnych reklam, dotarliśmy do tabliczki wyznaczającej granicę miejscowości. Kierowcy poruszającemu się zgodnie z przepisami przejazd tą trasą zajmuje nie więcej, niż trzy minuty.

Widok Klimontowa z DK 7; za Google StreetView

Każdy z nas, bez względu na to, jakim środkiem transportu podróżuje, zna takie miejsca. Miejscowości w których, nawet jeśli zasłużyły na zachęcający opis w przewodnikach turystycznych, zazwyczaj nie mamy ochoty i szansy się zatrzymać, bo a to do celu jest zbyt daleko, a to zbyt blisko, terminy nas gonią, a i pierwsze wrażenie bywa odstręczające. Jeśli zatrzymujemy się, to dlatego, że wynika to z rozkładu jazdy, albo z deficytu paliwa w baku, lub kofeiny w organizmie. Symbolem takich miejsc jest dla mnie Kutno, skryte za solidnym budynkiem dworca kolejowego oraz Mława, której rozmiarów i atrakcji można się tylko domyślać, gdyż rozsądek nakazuje zachować czujność w gęstniejącym podmiejsko ruchu na drodze krajowej nr 7. Świętokrzyskie ma dosyć bogatą listę miasteczek tranzytowych. Mój ranking obejmuje Opatów, Klimontów, ba, nawet i Chęciny. Pragnąc wypełnić białe plamy na mapie województwa, listopadowy wyjazd zaplanowałem tak, aby poznać bliżej dwa pierwsze miasteczka.

Listopadowe wypady turystyczne obciążone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Dni są krótkie, a  pogoda niepewna. Dlatego ważne jest dobrze dobrane towarzystwo oraz odpowiednia przestrzeń w miejscu noclegu, gdzie w długie listopadowe wieczory można oddać się grom i zabawom towarzyskim. Warunki te zostały spełnione - silna grupa, w której oprócz dwóch psów, Podziomka i starszej córki znalazła się też moja siostra oraz narzeczony córki, spędzała wolny czas w osobno stojącym budynku kuchennym gospodarstwa agroturystycznego w Plancie pod Iwaniskami, grając we "Wsiąść do pociągu Europa". Jako, że prawie każdemu udało się wygrać którąś z partii, takie spędzanie wieczorów powszechnie uznano za bardzo udane!

Planta to schludna wieś, a właściwie przysiółek pobliskiej Tęczy, rozciągnięta wzdłuż wysadzanej wiekowymi lipami drogi. Leży przy południowo-wschodnim krańcu Gór Świętokrzyskich, tak blisko gminnych Iwanisk, że zegarki można w niej regulować według zegara z iwaniskiej wieży kościelnej, którego wprawdzie nie widać, ale doskonale słychać, jak wybija kolejne kwadransy i godziny. We wsi znajdował się dwór, którego ostatnimi właścicielami byli członkowie rodziny Morawskich. W czasie II Wojny Światowej znalazł w nim schronienie uciekający z Warszawy przed gestapo pisarz Jan Parandowski z żoną i dwojgiem dzieci. Uszkodzony budynek zniknął po wojnie rozebrany na cegłę przez okolicznych mieszkańców. Zachowany park dworski został rewitalizowany z funduszy poprzedniej perspektywy finansowej UE, ale było to na tyle dawno, że znowu popada w zaniedbanie. Jak to często bywa, łatwiej jest znaleźć środki na inwestycję, niż na jej utrzymanie.

Widok z Planty na Iwaniska ze wzgórzami Pasma Iwaniskiego w tle.

Archiwalne zdjęcie dworu w Plancie (lata trzydzieste XX wieku, ?)
 Z Planty do Opatowa, czy Klimontowa, jest mniej więcej tak samo daleko. Do Klimontowa dojeżdża się jednak inną, niż opisana wcześniej trasą. Wiodąca doliną Koprzywianki droga nr 758 jest bardzo malownicza, ale  na wjeździe do miasteczka nie daje możliwości zobaczenia naraz jego dwóch kościołów. Obydwa wznoszą się na pagórkach, znacznie ponad poziomem okolicznych ulic. W dniu naszych odwiedzin trudno było jednak podnieść ku nim wzrok, a tym bardziej skierować obiektyw kamery, gdyż pogoda postanowiła przetestować naszą wodoodporność. Zielonodachy kościół św. Józefa jest pomniejszoną wersją lwowskich Dominikanów. Dzieło włoskich architektów budowane ponad 100 lat, w niespokojnych czasach XVII i XVIII wieków, przerasta skalą wszystko, co zbudowano w Klimontowie do czasów bieżących. Owalne wnętrze wyposażono w stylu barokowym, choć jest dalekie od przeładowania zdobieniami. Sąsiedni czerwonodachy kościół św. Jacka, choć jego budowę zakończono ledwie kilkanaście lat przed rozpoczęciem budowy kościoła św. Józefa, prezentuje zupełnie inny, późnorenesansowy styl. Obie świątynie spoglądają na siebie ponad szeroką na około 200 metrów łąką. Trwający obecnie remont wnętrz uniemożliwia zwiedzanie. Ciekawostką jest, iż pod progiem kruchty kościoła św. Jacka odkryto doczesne szczątki założyciela miasta i twórcy potęgi swego rodu - Jana Zbigniewa Ossolińskiego. Naprzeciwko kościoła św. Józefa mieści się urząd gminy (a wkrótce znowu miasta) oraz oddział banku spółdzielczego. Okazały budynek był niegdyś własnością doktora Jakuba Zysmana, który prócz ratowania zdrowia mieszkańców, przysłużył się miejscowości działając na rzecz utworzenia tu poczty, stacji telegraficznej oraz kasy zapomogowo-pożyczkowej. Jego synem był Bruno Jasieński, poeta futurysta i werbalny rewolucjonista, zgładzony podczas represji stalinowskich. Jeszcze jeden z tych, którzy szukali szczęścia tam, gdzie być go nie mogło. Kilka ładnie odnowionych kamieniczek oraz schludny, harmonijnie zabudowany rynek potwierdzają miejskie aspiracje Klimontowa. Jedynie budynek dawnej synagogi straszy oczodołami zabitych deskami okien, cierpiąc tak z powodu braku pomysłów na jego wykorzystanie, a może i środków na realizację stosownych idei.


Kosciół św. Józefa w Klimontowie

Ołtarz główny w  kościele św. Józefa

Organy w kościele św. Józefa

Malowidła na kopule kościoła św. Józefa

Nawa główna kościoła św. Józefa

Pomnik ku czci powstańców styczniowych wystawiony w 1924 roku przed kościolem św. Jó

Kościół św. Jacka w Klimontowie

Kamienica Jakuba Zysmana, obecnie urząd gminy i bank

Placyk naprzeciwko kościoła św. Józefa

Opuszczona synagoga w Klimontowie


Opatów ma historię znacznie dłuższą od Klimontowa. Był wzmiankowany już z końcem XII wieku - Długosz w swej kronice umieszczał tu w owym czasie pierwszą w Polsce komandorię zakonu templariuszy, a  mury najstarszego w mieście zabytku - kolegiaty św. Marcina - też pamiętają ten wiek. Za Rzeczpospolitej Obojga Narodów był miejscem sejmików szlachty województwa sandomierskiego. W XIX wieku miasto zostało siedzibą istniejącego do dzisiaj powiatu i, choć jest jednym z najmniejszych miast powiatowych w Polsce, to jednak trzykrotnie przewyższa liczbą mieszkańców Klimontów. Jako, że ludzie ci muszą gdzieś mieszkać, zabudowa, nawet w najstarszej części miasta, jest poprzetykana blokami z czasów PRL-u. 


My przyjechaliśmy tu w Dzień Niepodległości, kiedy miasto pławiło się w promieniach listopadowego słońca. Na długachnym, ćwierćkilometrowym rynku ciągnął się rząd kramów, powiewały flagi narodowe, a z kolegiackich głośników ponad ulicami niosły się słowa pieśni religijnych i patriotycznych. Dzieciarnia i starsi zwolennicy pirotechniki odpalali kapiszony i petardy hukowe, ku przerażeniu czworonożnych uczestników wycieczki. To tłumaczy brak dokumentacji fotograficznej tego miejsca. 



Podobnie jak w Klimontowie, panoramę miasta zdobią dwa kościoły spoglądające na na siebie z sąsiednich wzgórz. Po jednej stronie rzeczki Opatówki wznosi się wspomniana kolegiata pod wezwaniem św. Marcina, a po drugiej, w miejscu najstarszej lokacji, kościół i klasztor bernardynów. Ten drugi, dzięki otoczeniu solidnym murem, wytrzymał w roku 1502 najazd tatarski. Z pary świątyń opatowskich, uznawany jest za historycznie mniej cenny i dlatego zwiedzanie wnętrz zazwyczaj trzeba ograniczyć do widoku z kruchty na nawę główną. Za to spod klasztoru wspaniale widać kolegiatę! Po północnej stronie rzeczki zbocza doliny szybko się wznoszą, a ulice często wytyczone są dnem lessowych wąwozów. Na tarasowatych zboczach doliny, za budynkiem liceum, w miejscu zwanym Greki, znajdował się przez około 60 lat, na przełomie XVIII i XIX wieku, prawosławny cmentarz grecki. Społeczność ta miała wówczas w Opatowie swoja parafię. Jej członkowie, trudniący się handlem i jubilerstwem, żyli w mieście aż do ewakuacji ludności prawosławnej podczas I Wojny Światowej. Na Grekach znajduje się skromne upamiętnienie dawnego cmentarza, ze zniszczoną blaszaną tabliczką. Nieco więcej nagrobków, w formie lapidarium, ostało się na cmentarzu żydowskim, wchodzącym dzisiaj w skład parku miejskiego. Budynek szkoły, chyba najbardziej monumentalny po zabytkach sakralnych obiekt miasta, wzniesiono jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej, ale wyposażono i oddano do użytku już po jej zakończeniu.



Kościół bernardynów w Opatowie


Spoza tych murów mieszkańcy Opatowa bronili się przed Tatarami w 1502 roku
Nawa główna kościoła bernardynów

Widok na kolegiatę św. Marcina ponad murami klasztoru bernardynów.



Zniszczona tablica upamiętniająca cmentarz grecki.
Liceum Ogólnokształcące im Bartosza Głowackiego w Opatowie

W tym budynku mieściła się kasa powiatowa zdobyta w 1863 roku przez powstańców styczniowych.

Najstarsza część Opatowa jest ulokowana na wzgórzu.

Kolegiata św. Marcina jest najcenniejszym zabytkiem Opatowa. Widoku jej wyniosłego dachu z sygnaturką i ukrytymi za drzewami romańskimi wieżami nie sposób pominąć podróżując którąkolwiek z przecinających miasto dróg. Wraz z sąsiadującą z nią, o ponad 300 lat młodszą, Bramą Warszawską, fałszywie obiecują, że za nimi kryje się dalsza średniowieczna zabudowa. Wnętrze Kolegiaty jest w całości pokryte polichromiami pochodzącymi głównie z XVIII wieku. Na ścianach prezbiterium i północnego końca transeptu ukazane są wielkie sceny zwycięskich bitew stoczonych przez Królestwo Polskie i Rzeczpospolitą. Na sklepieniu naw bocznych wymalowano iluzjonistyczne okna, pilastry, kapitele i inne elementy architektury oraz roślinne ornamentya w nawie głównej sceny z życia patrona świątyni. Pod szarżującą na Turków pod Wiedniem husarią znajduje się bezcenny zespół rzeźby sepulkralnej - renesansowy nagrobek Krzysztofa Szydłowieckiego - Kanclerza Wielkiego Koronnego, właściciela Opatowa i odnowiciela kolegiaty oraz epitafia członków jego rodziny. Z lewej strony spoczywają dzieci Kanclerza - dwaj synowie i córka. Nagrobek czteroletniego Ludwika Szydłowieckiego jest pierwszym tego rodzaju upamiętnieniem śmierci dziecka powstałym na północ od Alp. Poniżej śpiącej snem wiecznym postaci Kanclerza ciągnie się długa mosiężna płyta, przedstawiająca słynny ''lament opatowski'' - scenę rozpaczy po jego śmierci. Ukazano na nim 41 misternie wygrawerowanych postaci, oddanych ze szczegółowością, która pozwala specjalistom dyskutować, czy figury króla Zygmunta Augusta i fundatora płyty - hetmana Jana Tarnowskiego - są rzeczywiście podobne do pierwowzorów. Ludziom towarzyszą psy i sokoły, symbole wierności i dzielności. Zabytkami zgromadzonymi w świątyni można by obdzielić wiele kościołów i muzeów. Dość powiedzieć, że znajdują się one nawet w tak utylitarnej części budowli, jaką jest kruchta (prawda, w przeszłości będąca kapitularzem). Tam właśnie odkryto najstarsze gotyckie malowidło ścienne ze sceną męki Pańskiej, datowane na  lata siedemdziesiąte XV wieku. Kolegiata jest jednym z tych miejsc, które opuszcza się z żalem, że na jej zwiedzanie nie miało się więcej czasu.


Kolegiata św. Marcina i Brama Warszawska

Brama Warszawska od strony miasta.

Romański fronton kolegiaty św. Marcina

Gotyckie malowidła w kruchcie kolegiaty.

Ołtarz w nawie bocznej z obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVI wieku namalowanym przypuszczalne przez Timoteo Viti z Urbino.

Fragment malowidła przedstawiającego Bitwę pod Wiedniem w transepcie kolegiaty. 

Nagrobek Krzysztofa Szydłowieckiego z Lamentem Opatowskim (w dolnej części).

Nagrobek czteroletniego Ludwika Szydłowieckiego.

Fragment Lamentu Opatowskiego z psami.

Fragment Lamentu Opatowskiego z sokołami.

Polichromie na sklepieniu nawy bocznej.

Polichromie na sklepieniu nawy głównej.

Organy w kolegiacie św. Marcina.

W przestrzeni powietrznej ponad kolegiatą panował spory ruch.

Portal i drzwi z kaplicy Najświętszego Sakramentu do kolegiaty.
Wśród uczestników naszej wycieczki panował pewien niepokój o to, z jaką ofertą gastronomiczną w regionie położonym z dala od wielkich miast przyjdzie nam się zetknąć. Niepotrzebnie! Opatowska przyhotelowa restauracja nie dość, że zlokalizowana w dawnym młynie, to swobodnie nadąża za współczesnymi trendami. Skoro to listopad, serwuje gęsinę. Oferuje też szeroką gamę produktów regionalnych, w tym krówkę opatowską, stanowiącą prawdziwy wehikuł promocyjny miasta. Klienci są nią częstowani po zakończeniu posiłku, ale stanowi ona też dodatek do deserów, np. sufletu czekoladowego, czy pieczonej śliwki szydłowskiej. Producentem tych słodyczy jest miejscowa spółdzielnia mleczarska, która już od wczesnych lat 90-tych XX wieku nie zajmuje się tradycyjnie rozumianym przetwórstwem mleczarskim, umościwszy się mocno w branży cukierniczej. Natomiast na obiad w Łoniowie trafiliśmy nieco z przypadku. Na miejscowym przystanku autobusowym odbieraliśmy bowiem dojeżdżającego uczestnika naszej wycieczki. A ponieważ lało jak z cebra, w poszukiwaniu dachu nad głową i łyka rozgrzewających napojów schroniliśmy się w zamienionym na hotel pałacu Moszyńskich. Miejsce ciekawe historią - żona hrabiego Jerzego Moszyńskiego, który zbudował pałac w Łoniowie, miała zdradzać go z malarzem Wojciechem Kossakiem. Ale co tam zdrady małżeńskie, tutejsza restauracja oferowała ciekawe menu, zawierające potrawy na bazie dyni, z których najciekawszy był sernik o boskim smaku, choć z wyglądem absolutnie nie kojarzącym się z serowym pochodzeniem. Tak się rozochociliśmy, że następnego dnia zapragnęliśmy spożyć tam regularny obiad, ale okazało się to niemożliwe. Restauracja otwiera swoje podwoje wyłącznie w weekendy, ale już nie w pozostałe dni wolne od pracy, a my pragnęliśmy odwiedzić ją w Dzień Niepodległości.
Pałac w Łoniowie; za profilem FB pałacu.

Amatorom eksperymentów kulinarnych zostawiamy zaś wyroby pizzerii Joke (bardzo właściwa nazwa) w Iwaniskach, która serwuje m. in. pizzę Vege obficie posypaną zielonym groszkiem z mrożonki oraz (uwaga! uwaga!) pizzę Chocolate z nutellą, snickersem, herbatnikami i bitą śmietaną. Nie mogę sobie wybaczyć, że jej nie zamówiłem.

Wizyta w miejscowości, w której dotychczas bywało się tylko przejazdem, jest jak spotkanie z osobą, z którą wcześniej rozmawialiśmy tylko przez telefon. W krótkim czasie dowiadujemy się o niej więcej, bo informacje czerpiemy wszystkimi zmysłami. Zazwyczaj odkrywamy jej zalety i wady nie dość eksponowane, czy nazbyt skrywane w mediach tradycyjnych i elektronicznych. Ciekawostki zastane na miejscu skłaniają ku poszukiwaniu informacji o ich znaczeniu i genezie. Nawet krótka wycieczka pozwala też poznać mieszkańców, jeśli nie w osobistych kontaktach, to poprzez ich stosunek do dziedzictwa i współczesności swej miejscowości. Jednak decyzję o przyjeździe do konkretnej miejscowości podejmujemy zazwyczaj pod wpływem informacji, że znajduje się tam coś, co nas zaciekawi. Dlatego z wizytą w Kutnie wstrzymuję się do czasu odrestaurowania Pałacu Saskiego, jak zwie się w tym mieście stację poczty saskiej łączącej w XVIII wieku Warszawę z Dreznem.

sobota, 26 października 2019

Między Mrówką a Zimną Wodą czyli podróże po małej ojczyźnie




Czerwcowa noc zbliżała się już ku końcowi. Granatowy kolor nieba powoli tracił na intensywności. Gdzieś z koron drzew dało się słyszeć pierwsze nieśmiałe podśpiewywanie kosa. Od wody ciągnęło chłodem. Leniwie uporządkowaliśmy nasze obozowisko i dogasiliśmy żar w ognisku. Łąkami i lasem, gdzie kryły się resztki ciemności, doszliśmy do drogi i pierwszych zabudowań Nowej Wsi, a wkrótce i do stacji kolejki elektrycznej WKD. Około godziny 4 wsiedliśmy do składu kierującego się do Warszawy. Po pół godzinie drzemki na niewygodnych, plastykowych siedzeniach dotarliśmy na stację Śródmieście WKD. Słońce już wzeszło i kiedy szliśmy po pustych ulicach miasta nasze sylwetki rzucały na chodnik karykaturalnie zdeformowane, długaśne cienie.

W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, które równocześnie były drugą połową okresu moich studiów uniwersyteckich, w kręgu moich przyjaciół znaczącą rolę grały osoby o romantycznym podejściu do rzeczywistości, z tendencjami do teatralizowania sposobów spędzania wolnego czasu. Nie dziwota więc, że w okolicach nocy świętojańskiej wybieraliśmy się w plener, aby uczcić nadejście lata. Kilkakroć wybór nasz padł na łatwo dostępne z Warszawy, dzięki kolejce WKD, uroczysko nad Mrówką. Rzeczka była wprawdzie symbolicznych rozmiarów, w większości miejsc można ją było z łatwością przeskoczyć, ale stanowiło to raczej zaletę w razie konieczności wyławiania z wody wianków puszczanych z nurtem przez dziewczęta. Noc spędzaliśmy wokoło ogniska. Przy akompaniamencie gitary śpiewaliśmy piosenki z repertuaru jeździecko-turystycznego. Posilaliśmy się przygotowanymi w domu smakołykami. Snuliśmy wspomnienia z przeszłych wyjazdów i plany mających dopiero nastąpić wypraw. Choć łatwo dostępne, miejsce było spokojne. Nikt nie zakłócał naszego odświętnego odosobnienia. Nie miałem wówczas pojęcia, że już przy końcu tej dekady zamieszkam ledwo 4 km od tego miejsca, w Komorowie, gdzie spędzę następne 30, a daj Boże i więcej, lat życia.

Ostatnio pojechałem tam na rowerze. To nie był pierwsza wizyta od 35 lat. Kilka razy byłem w pobliżu, ale nigdy nie miałem okazji ani spokojnie rozejrzeć się dokoła ani zrobić zdjęcia. Trzeba przyznać, że jest to miejsce w sam raz na biwak. Przez większość biegu Mrówka toczy swe wody przez tereny podmokłe, a jej brzegi są trudno dostępne. A tu akurat w jej szeroką na jakieś 150-200 metrów, pokrytą bujnymi łąkami dolinę, wkracza dochodzący do jej prawego brzegu las. Całkiem pokaźne brzozy, klony, ba, nawet i dęby otaczają niewielka polankę na brzegu rzeczki. Miejsce jest nadal wykorzystywane do organizacji biwaków. Można tu rozpalić ognisko, są nawet pojemniki na śmieci wykonane z plastykowych beczek. Tylko zabudowa zbliżyła się do doliny. Idąc od drogi z Pruszkowa do Nadarzyna mija się pokaźnych rozmiarów, solidnie ogrodzone osiedle o zachęcającej nazwie Słoneczne. Dachy jego skrajnych domów widać znad rzeczki. Po obydwu stronach doliny  funkcjonują popularne w okolicy ośrodki jeździeckie Szarża i Patataj. Stąd na łąkach pasą się kasztany, gniadosze i siwki, a brodem na skraju polany rzeczkę pokonują uczestnicy jazd terenowych. Jednak wczesnym, jesiennym popołudniem jest tu spokojnie. Zaglądają tu tylko nieliczni spacerowicze wyprowadzający na spacer swoje psy.











Mrówkę w jej dalszym biegu przecinają linia kolejki WKD, droga wojewódzka nr 719 z Warszawy do Żyrardowa i linia kolei warszawsko-wiedeńskiej. Ta ostania, zbudowana jako jedna z pierwszych w Polsce w latach 40-tych XIX wieku, zainicjowała rozwój osiedli i miasteczek o charakterze przemysłowym (Ursus, Piastów, Pruszków) lub letniskowym (Włochy, Brwinów, Milanówek). Podobną rolę, ale już w XX wieku, odegrała Elektryczna Kolej Dojazdowa (obecna WKD). Oddana do użytku w 1927 roku linia biegła przez niewielkie wsie, majątki i lasy, a warunki licencji wydanej inwestorowi - prywatnej spółce Siła i Światło - zabraniały zbliżenia jej na mniej niż 2 km do regularnej linii kolejowej zarządzanej przez PKP. W owym czasie funkcje miniaturowego letniska odgrywał tylko Komorów, gdzie parcelacja części majątku i sprzedaż działek rozpoczęła się jeszcze przed I Wojną Światową oraz, wchodzący dzisiaj w skład Otrębus, Karolin, gdzie funkcjonowało prywatne sanatorium. Nazwa ta może mylić, gdyż obiekt spełniał raczej funkcje współczesnego Spa, czyli miejsca odpoczynku, relaksu i ewentualnej rekonwalescencji. Od lat 50-tych XX wieku jest to siedziba Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze. Sprzedaż gruntów pod budowę kolejki rozpoczęła proces zakrojonego z rozmachem planowania i budowy Miast Ogrodów - Podkowy Leśnej (projekt z 1925 roku) i Komorowa (projekt z 1930 roku).

Z czasem kolejkę systemem łączników połączono jednak ze stacjami regularnej kolei we Włochach, Milanówku i Grodzisku. Ulicami tych miast, a także Warszawy (Nowogrodzka, Tarczyńska, Niemcewicza, Szczęśliwicka) kolejka poruszała się niczym tramwaj. Lekkie wagony produkcji angielskiej nie niszczyły nadmiernie ich nawierzchni. EKD było prawdziwą pępowiną dla nowopostałych osiedli, do których przenosiły się zamożne warszawskie rodziny pragnące mieszkać w zdrowszych niż wielkomiejskie warunkach. Z urbanistycznego punktu widzenia kolejka przyczyniła się też do zmiany orientacji rozwojowej miejscowości, do których docierała. Stacje i przystanki stały się z czasem centrami, które obrosły w sklepy i punkty usługowe. Jeśli porównamy ze współczesnymi mapy z lat dwudziestych, dostrzeżemy, że obecnie zabudowa miejscowości rozpościera się wzdłuż linii kolejki, podczas gdy niegdyś budynki usytuowane były przy drogach biegnących do niej prostopadle. Pomimo powojennej nacjonalizacji, przejęcia przez PKP i zmiany nazwy na WKD, kolejka nadal stanowiła oś rozwoju terenów położonych na pd-wsch od Warszawy. Z upadkiem komunizmu nasilił się trend ucieczki mieszkańców miast do obszarów podmiejskich. Podejmujący taką decyzję często kierowali się dostępnością komunikacyjną ze stolicą, a tą zapewniała kolejka. Proces ten zbiegł się z kryzysem całej PKP, która w przypadku WKD nie radziła sobie z zużyciem torów i taboru, co skutkowało ograniczeniem liczby kursów.

Współcześnie kolejka, od 2007 roku będąca własnością samorządowego konsorcjum, przeżywa okres ponownej prosperity. Wagony z lat 70-tych XX wieku zostały zastąpione nowymi, a perony na stacjach wyremontowano i podwyższono. I chociaż ponownie odcięto ją od centrów miejscowości położonych przy linii kolei warszawsko-wiedeńskiej (oczywiście, pod pretekstem ułatwienia ruchu drogowego) oraz nie zrealizowano nigdy ambitnych planów jej rozwoju - przedwojenna licencja zezwalała na połączenie z Żyrardowem, a teren pod odgałęzienie z Komorowa do Nadarzyna był już nawet wykupiony - to jednak znowu, jak przed 80 laty, kursuje w godzinach szczytu z 10 minutową częstotliwością. Oprócz przyziemnej funkcji przewozowej, kolejka jest dla mieszkańców okolicznych miejscowości swoistym punktem odniesienia. "Spotkajmy się przy wukadce" ma takie samo znaczenia jak "pod Zygmuntem" w Warszawie czy "przy Mickiewiczu" w Krakowie. Rozpięci pomiędzy pracą w Warszawie, a mieszkaniem w jej okolicy, ludzie częściej spotykają się z sąsiadami na peronach i w jej wagonach niż na ulicach swoich miejscowości. Kto wie, tłem dla ilu odbytych spotkań, romantycznych uniesień, umów biznesowych, czy politycznych ustaleń były elementy jej infrastruktury.

Przedwojenny wagonik EKD produkcji angielskiej na stacji w Podkowie Leśnej Głównej.
Oryginalny przystanek w Otrębusach - w pobliżu nie ma jeszcze zabudowy.
Współczesny przystanek Otrębusy o wątpliwej wartości estetycznej.


Budynek stacji w Komorowie po nadbudowie.


Zachowany w oryginalnej formie budynek stacji Podkowa Leśna Główna.
Tory WKD na granicy Komorowa i Pruszkowa
Kolejka w kierunku Podkowy opuszcza stację w Komorowie.

Kolejka na trasie między Kaniami a Nową Wsią.
Kolejka wjeżdża na stację Podkowa Leśna Główna
Stacja Podkowa Leśna Zachodnia - rozgałęzienie linii do Grodziska i Milanówka.
Kolejka WKD na trasie do Milanówka

Końcowa stacja Milanówek Grudów.
Tu do 1995 roku znajdowała się stacja Milanówek Graniczna - z prawej widoczny zachowany słupek kilometrowy.

Budynek stacji EKD w Milanówku - obecnie zajmowany przez restaurację
Naszą rodzinną tradycją stały się, przynajmniej dwa razy w roku, piesze lub rowerowe wycieczki z Komorowa do Podkowy Leśnej. Wzdłuż torów kolejki to tylko 6 km, ale ponieważ na trasie są dwa kolejowe mostki nad Mrówką i bezimiennym ciekiem za Otrębusami, to zwłaszcza w wersji rowerowej, nie trzymamy się kurczowo najkrótszej trasy. Szlak na południe od kolejki jest bardziej lesisty i prowadzi przez zaludnione wspomnieniami uroczysko nad Mrówką oraz kompleks Karolina. Trasa północna pozwala lepiej poznać dawne centrum Otrębus z willą Toeplitzówką i najstarszym na całej drodze budynkiem XVIII wiecznego spichrza. Nie sposób przy tej okazji nie porównywać obydwu miast-ogrodów. Chociaż mają podobną ilość mieszkańców to Podkowa jest miastem, a Komorów tylko osiedlem. Podkowa planowana była z większym rozmachem, czego widocznym przejawem są trzy stacje kolejki, podczas gdy w Komorowie jest tylko jedna. Działki w Podkowie są większe od komorowskich, a stawiane na nich domy wyraźnie bogatsze. W Komorowie stoją praktycznie tylko domy jednorodzinne, podczas gdy Podkowa ma sporo pochodzących z okresu międzywojennego kamieniczek wielorodzinnych. Komorów pobudowano na terenie suchszym, domy stoją tu często wśród sosen, a w Podkowie kryją się wśród drzew liściastych. Miejski charakter Podkowy przejawia się też w szerszej niż komorowska ofercie gastronomicznej.  Dlatego spacer nasz zawsze wieńczy dobra kawa i ciastko, niegdyś w niezapomnianej kawiarni Mili Moi, a ostatnio w przydworcowej Werandzie


Kościół w Podkowie Leśnej

Zabytkowy transformator w Podkowie Leśnej

Zabudowa w okolicach stacji Podkowa Leśna Główna

Zabudowa w okolicach stacji Podkowa Leśna Zachodnia

Zabudowa w okolicach stacji Podkowa Leśna Główna

Zabudowa w okolicach stacji Podkowa Leśna Główna

Zabudowa w okolicach stacji Komorów

Zabudowa w okolicach stacji Komorów

Przedwojenna rezerwa terenu pod budowę linii do Nadarzyna

Najstarsze domy w Komorowie zbudowane przed I Wojną Światową

Początki zabudowy Komorowa - widok z lat 20-tych XX wieku

Plan osiedla z 1930 roku
Ogród w Karolinie
Karolińskie sanatorium obecnie -  w remoncie
Oferta sanatorium z lat 30-tych XX wieku. Warte zauważenia, że EKD zostało w niej nazwane tramwajem.
Karolin - nowa siedziba Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze

Otrębusy - willa Toeplitzówka
Otrębusy - zabytkowy spichlerz.
 Próbując zlokalizować na mapie miejsce, od którego opisu rozpocząłem tą historię, nie trudno doznać dysonansu poznawczego. Otóż znajdziemy tam rzeczkę Zimna Woda, a Mrówka jest tylko jej dopływem uchodzącym doń w okolicach wsi Strzeniówka. Wikipedia twierdzi jednak, że do lat osiemdziesiątych XX wieku panowało przekonanie odwrotne. Mrówka doznała więc upokorzenia na podobieństwo Bugu, który nasi dziadowie znali jako najdłuższy dopływ Wisły, a spisek hydrologów zdegradował go do rangi dopływu o wiele krótszej Narwi. Wikipedia szerzy tu chyba jednak legendy podwarszawskie, gdyż przedwojenna mapa WIG-owska używa już nazwy Zimna Woda. Nie zmienia to jednak faktu, że wśród starszych mieszkańców nazwa Mrówka jest bardziej popularna. Ponieważ i ja należę już do tej grupy wiekowej (bilety WKD kupuję z ulgą dla seniora!), więc moje wspomnienia nieodmiennie będę sytuował nad Mrówką.