czwartek, 26 marca 2020

Gdzie właściwie są granice Brukseli?


Kompleks gmachów Parlamentu i innych instytucji europejskich wbija się bezceremonialnie w zastaną tkankę miasta. Najlepiej widać to od strony Placu Luksemburskiego. Nad dwukondygnacyjnym dawnym budynkiem dworca luksemburskiego, mieszczącym obecnie Visitor center Parlamentu, wznosi się szklano-kamienna ściana głównego kompleksu. Minąwszy budyneczek dworca, noszący obecnie nazwę Station Europe, wchodzimy do innego, także w architektonicznym sensie słowa, świata. Za nami pozostaje architektura mieszczańska. Otacza nas obecnie biurowy post-modernizm. Otacza także w dosłownym znaczeniu - przejście z Visitor Center do Parlamentu biegnie na wysokości drugiej kondygnacji zabudowanym okrężnym pasażem. Ściany pasażu służą jako stelaż do ekspozycji wszelakich wystaw przygotowanych pod patronatem PE. Symbolicznie wyznaczają też granice Agory Simone Veil, wieloletniej eurodeputowanej i przewodniczącej pierwszego składu PE pochodzącego z wyborów bezpośrednich. Przestrzeń ta wraz z Esplanadą Solidarności 1980 roku (tak, tak!) stanowi corocznie tło dla ponad 40 wydarzeń o charakterze publicznym, urządzanych przez instytucje europejskie i inne organizacje. Nazwa esplanady nie jest jedynym polskim akcentem w najbliższej okolicy. Na środku Placu Luksemburskiego wznosi się pomnik poświęcony dziewiętnastowiecznemu przemysłowcowi angielskiemu Johnowi Cockerillowi. Jako innowator w zakresie technologii i zarządzania był on pomysłodawcą powstania w Belgii pierwszego zintegrowanego kompleksu przemysłowego, obejmującego kopalnie, huty, linie kolejowe, port i flotę transportową. Ponieważ taki mózg dla realizacji swych pomysłów potrzebował większych przestrzeni, Cockerilla nosiło po Europie od Londynu po Petersburg. W ówczesnym Królestwie Polskim angażował się w rozwój przemysłu włókienniczego. I traf sprawił, że właśnie na ziemiach polskich padł ofiarą tyfusu i umarł w roku 1850 w Warszawie.

Pomnik Cockerilla na placu Luksemburskim  z budynkami Parlamentu Europejskiego w tle
Plac Simone Veil
Widok spod Parlamentu Europejskiego w stronę Ixelles



Kościół Jezuitów w Ixelles

Budynki Parlamentu Europejskiego

Pomnik Euro ???

Skwer przed Komitetem Regionów i Przedstawicielstwem Bawarii przy UE. Kogo symbolizują chowające głowę w piasek strusie?

Widok z Parc Leopold na Dom Historii Europejskiej


Stojąc pod jego pomnikiem i podziwiając kompleks Parlamentu mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to widok międzymiastowy. Plac Luksemburski należy do Ixelles, a Parlament ma adres już we właściwej Brukseli. Obszar, który potocznie nazywamy Brukselą, to jeden z trzech regionów, na które podzielona jest Belgia - Region Stołeczny Brukseli, dzielący się z kolei na 19 gmin miejskich. Cały region obejmuje powierzchnię nieco ponad 160 km² i ma niemalże 1,2 mln mieszkańców, z czego właściwa Bruksela (Bruxelles-Ville) zajmuje ok 1/5 powierzchni i odpowiada za 15% populacji. Poszczególne gminy różnią się wielkością i liczbą mieszkańców, ale łączy je dosyć fantazyjny przebieg granic. Gmina Bruksela to oczywiście centrum, w granicach obwodowych bulwarów (z powodu kształtu zwane Pentagonem) wraz z zachodnią wypustką obejmującą dzielnicę europejską i Park Pięćdziesięciolecia oraz znacznie rozleglejszymi terenami na północ od centrum, obejmującymi Laeken na zachodnim i Haren na wschodnim brzegu rzeki Senne. Na granicy z Ixelles dwa muzea (Wiertza i Historii Naturalnej) usytuowane prawie naprzeciwko siebie, przy Rue Vautier, znajdują się formalnie w różnych miastach. Prowadzone przez sieć Marriota Executive Apartments na Rue du Parnasse umiejscawiają się w Brukseli, ale Google Maps opisują ten adres, jako należący do Ixelles. Wszystko to jednak nic w porównaniu z gminą Baarle leżącą na granicy z Holandią (przepraszam - Niderlandami), gdzie komisja wyznaczająca granicę w 1839 roku zdecydowała, że o przynależności państwowej zdecyduje wola właścicieli każdej parceli w mieście. W rezultacie granica jest mozaiką około 30 enklaw i eksklaw, często o konstrukcji szkatułkowej, a tubylcy wybijają otwory drzwiowe w ścianie domu wychodzącej na teren państwa, gdzie aktualnie płaci się niższe podatki. Na przyjezdnym sprawia to wrażenie ogromnego chaosu, ale miejscowi w tym systemie świetnie się odnajdują. Zdolności zarządzania takim chaosem przydały się niewątpliwie obywatelom belgijskim w rekordowym okresie 535 dni bez rządu, który nastąpił po wyborach jesienią 2016 roku.

W stolicy Belgii i Europy bywałem już parokrotnie. Że jednak były to, albo wyjazdy służbowe z dosyć napiętym programem, albo krótkie postoje, kiedy koncentrowałem się na wybranym obiekcie bądź ich zespole, nie potrafiłem sobie skonstruować spójnego obrazu tego miasta. Bo z jednej strony, oczywiście, wspaniała zabudowa Grand Place i obowiązkowy spacer do figurki Manneken Pis'a, podświetlane nocną porą Atomium, czy widok na miasto spod Pałacu Sprawiedliwości. Z drugiej, przelotowe ulice, co rusz nurkujące w tunele i wizyta w depresyjnych podziemiach Gare Central. Już wówczas jednak miałem wrażenie spotkania z miastem patchworkowym i policentrycznym, gdzie pompatyczność i wielkomiejskość przeplatają się z przytulnością i urbanistyczna swojskością. Ostatnio miałem okazję uporządkować autonomiczne migawki z dotychczasowych wizyt w jeden, w miarę spójny, obraz - całe dwa dni poświęcone wyłącznie Brukseli! Taką sposobność trzeba było wykorzystać.


Wielkie miasta lokowane były zazwyczaj nad wielkimi rzekami. Może nie tyle wielkimi w sensie długości, ale na pewno na tyle pełnowodnymi, aby stanowić szlaki wodne, którymi transportowano do dawnych miast olbrzymie ilości potrzebnych towarów. W żyjących z handlu miastach Flandrii i Niderlandów port morski lub rzeczny był niezbędnym warunkiem rozwoju i prosperity. Z czasem do roli transportowej dodano krajobrazową. Rzeki dawały szeroką perspektywę stawianym na ich brzegach budowlom. Ich szerokie doliny wpuszczały do gęsto zabudowanych dzielnic centralnych jakże potrzebne świeże powietrze. Tymczasem Bruksela wydaje się być wyjątkiem od tej reguły. Idę o zakład, że 99 na 100 turystów spotkanych na Grand Place nie wie nad jaką rzeką leży to miasto i nie potrafi powiedzieć, gdzie trzeba jej szukać. Tymczasem przez Brukselę przepływa rzeka Senne tyle, że przesunięta w wyniku działań ludzkich około 1,5 km na północny-zachód od swego pierwotnego koryta. Ma ona nabrzeżne bulwary, przecina ją kilka ciekawych architektonicznie mostów, ale jej okolica emanuje jakąś drugorzędnością, a ku północy szybko nabiera charakteru industrialno-ruderalnego. Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze w połowie XIX wieku Senne płynęła przez miasto  czterema ramionami, z których dwa przecinały samo centrum. Wiły się one malowniczo, tworząc wyspy i cyple, przeciskając się między domostwami oraz pod niezliczonymi mostkami i kładkami. Były jednak coraz bardziej zamulone, służyły za śmietnik i ściek oraz stwarzały zagrożenie sanitarne. W ramach modernizacyjnych wysiłków burmistrza Julesa Anspacha ich wody zostały uregulowane i ukryte w murowanych kanałach. Był to pierwszy etap wypychania  rzeki z centrum miasta. Kolejny nastąpił w latach 50-tych XX wieku, kiedy zlikwidowano wcinające się w miasto baseny portowe, a rzekę z kanałów przeniesiono na zachód od Pentagonu, do koryta biegnącego mniej więcej po śladzie dawnego Canal de Charleroi.

File:Covering of the Senne EN v1.2.svg

Centrum Brukseli po zakończeniu kanalizacji i zasklepienia Senny

Współczesne centrum Brukseli z rzeką wypchniętą na ubocze.
Ta długotrwała ingerencja w miejscową hydrografię pozostawiła ślady w nazwach ulic. W północno-zachodniej części centrum aż roi się od ulic mających w nazwie słowo nabrzeże (Quai). W pobliżu mieścił się nasz hotel i od tej strony rozpoczęliśmy zwiedzanie. Baseny portowe miały sporą szerokość i taką zachowały powstałe na ich miejscu ulice i place. W sposób charakterystyczny dla Brukseli mieszają się tu style i przeznaczenia budynków. Trzytraktowe, wąskie a wysokie kamieniczki o średniowiecznym pochodzeniu sąsiadują z XIX wiecznymi pałacami miejskimi, obok których wznoszą się ascetyczne produkty międzywojennej architektury modernistycznej. Brukselczycy nie żywią nadmiernego szacunku dla reliktów przeszłości. Jeśli coś można zburzyć i zastąpić czymś nowym, to zapewne tak się stanie. Jest tu wiele cennych pamiątek historii, ale trudno  wskazać konkretny obiekt historyczny, który można uznać za charakterystyczny dla miasta. Imponująca fontanna upamiętniająca burmistrza Anspacha i jego dokonania może uchodzić zarówno za taki symbol, jak i służyć jako przykład elastycznego podejścia do zabytków przeszłości. Gdy rzekę Senne zasklepiono w kanałach, jako architektoniczną kulminantę powstałych na powierzchni bulwarów pozostawiono XVII wieczny kościół Augustianów. Budynek ten, zdesakralizowany jeszcze w 1830 roku, służył później jako sala koncertowa i urząd pocztowy, ale ku końcowi XIX wieku został uznany za niewystarczająco reprezentacyjną przeszkodę w ruchu drogowym. Bogiem a prawdą parcela w tak reprezentacyjnym miejscu nie przynosiła miastu dochodów. Wzniesiono więc zamiast dawnego kościoła hotel Continental. Przed hotelem, na Place De Brouckère, postawiono imponująca fontannę. Miejsce było odpowiednio wybrane, na osi bulwarów i w rozwidleniu podziemnego kanału powstałego z inicjatywy burmistrza. W tej lokalizacji fontanna dotrwała do 1973 roku, kiedy musiała ustąpić budowanej linii metra (a właściwie podziemnego tramwaju, zwanego pre-metrem). Po kilku latach władze znalazły jej właściwą lokalizację, nadal związaną z rzeką Senne. Teraz fontanna Anspacha wieńczy od północy kompleks basenów upamiętniających istnienie w tym miejscu dawnych nabrzeży portowych. Wszyscy, którym żal było zniszczonego kościoła, też otrzymali satysfakcję. Jego wspaniała fasada w stylu baroku brabanckiego została zdemontowana i sprzedana parafii katolickiej św. Trójcy w Ixelle. Oddany do użytku w 1908 roku kościół cieszy tam oczy starszą o 270 lat fasadą.

Zabudowa przy Place de l'Isere

Zróżnicowane budownictwo przy Quai du Commerce

Fontanna Anspacha

Kościół beginek

Ambona w kościele beginek. Podobnego charakteru ambony spotyka się w wielu kościołach brukselskich.

Zabudowa przy Quai au Foin

Pomnik upamiętniający gołębie wojskowe przy Quai aux Barques

Restauracje specjalizujące się w daniach rybnych przy Quai aux Briques

Dzwonnica - najstarszy zachowany element kościoła św. Katarzyny

Okolice kościoła św. Katarzyny zamykające od południa dawną dzielnicę portową noszą jeszcze jeden ślad dawnego przeznaczenia. Miejscowe restauracje mają w ofercie największy w mieście wybór ryb i owoców morza. Niegdyś sprzedawano je z kutrów cumujących naprzeciwko i kucharz nie musiał tracić wiele czasu na ich zakup. Obecnie muszą pokonać nieco dłuższą i bardziej skomplikowaną drogę na talerz smakoszy, ale genius loci miejsca, gdzie serwują najświeższe i najlepiej przyrządzone ryby, wciąż obowiązuje. A ponieważ w wielu restauracjach nie prowadzi się rezerwacji, wieczorami stoją przed nimi długie kolejki miejscowych i turystów stęsknionych smaku świeżej rybki. Nam nie wystarczyło cierpliwości, ale nie żałujemy, bo w pobliżu znaleźliśmy miejsce w zacisznej Brasserie du Gourmet. Jedzonko było pyszne, a stolik przy oknie dawał widok na Place du Beguinage oraz iluminowaną fasadę kościoła beginek. Pobliska kawiarnia Cafe Velvet z wejściem naprzeciwko stacji metra Sainte Catherine przez cały dzień, choć tylko do godziny 18, serwuje dania z menu śniadaniowego. W cenie przeciętnego obiadu można zjeść obfite, późne śniadanie i zamówić jeszcze parę drinków w pobliskich barach.

Chociaż północna Belgia, gdzie rozlokowana jest Bruksela, to kraj nizinny, to jednak miasto podzielone jest na Dolne i Górne. To ostatnie znajduje się w zachodniej części Pentagonu i nosi historyczną nazwę Coudenberg. Na początku XII wieku książęta Brukseli i Leuven wznieśli tu swoją siedzibę. Położony na wzgórzu zamek miał naturalne walory obronne i pozwalał kontrolować położone niżej miasto. Od tego czasu jest to dzielnica władzy sprawowanej przez hrabiów, książęta, arcybiskupów, królów, cesarzy i gubernatorów. W mroźną noc 3 lutego 1731 roku cały kompleks pałacowy wraz z bogatym wyposażeniem, w tym dziełami Brueghla i Rubensa, strawił pożar. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko odkopane przez archeologów podziemia. Ruiny pałacu przetrwały ponad 40 lat, zanim z inicjatywy gubernatora Niderlandów - księcia Karola Lotaryńskiego - usunięto je tworząc istniejący do dzisiaj Place Royale. Jako, że gotycka kaplica zamkowa, która przetrwała pożar, kłóciła się z koncepcją zabudowy w stylu klasycystycznym, padła ofiarą modernizacyjnych ambicji księcia gubernatora. Burmistrz Anspach miał, jak widać, godnych poprzedników. W stojącym przy placu kościele św. Jakuba, 21 lipca 1831 Leopold, książę Sachsen-Coburg-Saalfeld został zaprzysiężony na pierwszego króla Belgów. Książe miał unikalną okazję przebierania w ofertach - jednocześnie swój tron ofiarowywali mu Grecy.

Kościół św. Jakuba na Coudenberg

Pałac królewski

Brama do pałacu królewskiego

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych
W okolicy placu ulokowały się narodowe instytucje kultury takie, jak Muzeum Sztuk Pięknych. Kolejny król Leopold II, wymarzył więc sobie, aby cały stok wzgórza, opadający ku Dolnemu Miastu, przeznaczyć na cele kultury. Ówczesny burmistrz, Charles Buls, miał bardziej zachowawczy pomysł, polegający na modernizacji przy zachowaniu najcenniejszych obiektów zabytkowych. Jak jednak było do przewidzenia, to pomysł króla porwał umysły radnych, więc burmistrz podał się do dymisji. Niestety, za życia Leopolda II zdołano przeprowadzić tylko masowe wyburzenia. Realizacja pomysłu pradziadka ziściła się w latach 50-tych XX wieku, kiedy na tronie zasiadał król Baudoin. Powstały wówczas budynki Biblioteki Królewskiej, Archiwum Narodowego oraz Pałac Kongresowy. Cały teren zyskał też nazwę Wzgórza Sztuki (Mont des Arts). Zwiedzanie muzeów i poznanie ich zasobów to zadanie na wiele dni, ale wizyta w tej dzielnicy to ciekawe przeżycie ze względu na wspaniałą architekturę budynków oraz rozległy widok na Dolne Miasto i dalej położone dzielnice/gminy całej aglomeracji. Spośród świetnych gmachów wyróżnia się Muzeum Instrumentów Muzycznych, mieszczące się w dawnym domu towarowym Old England. Postawiony w 1899 roku sześciokondygnacyjny budynek był jedną z pierwszych budowli o konstrukcji stalowej tej skali. W dodatku, po raz pierwszy do pokrycia ścian użyto w nim wyłącznie tafli szklanych. Malowniczo położony na stoku Coudenberg przy łukowato wygiętej ulicy, bogaty w wymyślne zdobienia w stylu Art Noveau jest, w moim osobistym rankingu, jednym z kandydatów do architektonicznego symbolu Brukseli. 

W mapę Brukseli wpisują się zielone plamy wielkich parków: Pięćdziesięciolecia na zachód od siedziby Komisji Europejskiej i Brukselskiego na wprost Pałacu Królewskiego. Pod względem zagęszczenia atrakcji bije je jednak na głowę filigranowy Square du Petit Sablon. Choć z nazwy jest placem, to jednak ma charakter uroczego parku kieszonkowego. Jego powstaniu przyświecał swoisty program ideowy. Jest  to mianowicie mauzoleum ku czci przywódców antyhiszpańskiego powstania, hrabiów Egmonta i Hoorna, jak również pomnik cywilizacyjnych osiągnięć XVI wiecznych prowincji niderlandzkich. Utworzono go na miejscu zamkniętego średniowiecznego cmentarza w 1890 roku przenosząc tu z Grand Place pomnik wspomnianych hrabiów, straconych na rozkaz hiszpańskiego namiestnika, księcia Alby, w 1568 roku. Figury bohaterów na wyniosłym cokole nieustraszenie kroczą na szafot, a otacza je półkręgiem zanurzonym w zieleni 10 rzeźb współczesnych im postaci - wiodących przedstawicieli nauki i sztuki. Wśród nich znajdziemy Gerarada Mercatora - geografa i kartografa, twórcę siatki kartograficznej jego imienia. Park otoczony jest parkanem z misternie kutego żelaza, na filarkach którego umiejscowiono kolejne 48 figurek symbolizujących tradycyjne rzemiosła XVI wiecznej Brukseli. Po przeciwnej stronie Rue de la Regence widok zamyka malowniczy gotycki kościół Matki Boskiej z Sablon. Choć jego styl lepiej chyba nazwać supergotyckim. W czasie renowacji, na przełomie XIX i XX wieku, architekci - wyznawcy teorii wielkiego Violet le Duc'a (tego od paryskiej katedry Notre Dame) - stworzyli budowlę, która nie przypomina którejkolwiek ze swoich wcześniejszych wersji. Dodali wieżyczki, szczyty i ażurowe balustrady, zbudowali przypory i najeżyli obrys pinaklami i rzygaczami. Cóż by dopiero było, gdyby komisja przyjmująca do wykonania ich projekt nie odrzuciła pierwszej wersji uznając, iż była nadmiernie ekstrawagancka.


Pomnik hrabiów Egmonta i Hoorna

Kościół Matki Boskiej z Sablon i misterne ogrodzenie Petite Sablon

Square du Petit Sablon
Kaplica przy kościele Matki Boskiej z Sablon

Kaplica przy kościele Matki Boskiej z Sablon

Z dawnych pobytów w Brukseli w pamięci utkwiło mi wrażenie przebywania, nie w metropolii i stolicy Europy, a w prowincjonalnym miasteczku nieokreślonego kraju zachodniej Europy. Częściowo powodowała to skala zabudowy prócz centralnej części, daleka od monumentalizmu. Swoje dokładała też urbanistyka: ulice mieszkalne są wąskie; rola budynków publicznych jest podkreślona usytuowaniem przy placach i skwerach; w wielu z brukselskich miast/gmin centralnym punktem jest wciąż plac naprzeciwko parafialnego kościoła. Wrażenie to powróciło do mnie podczas krótkiego wypadu do Saint Gilles. Trafiliśmy tam w sposób niezaplanowany - chciałem rodzinie pokazać Porte de Hal, jedyną zachowaną bramę drugiego pasa średniowiecznych murów miejskich. Nie zdecydowano się jej zburzyć wraz pozostałymi umocnieniami zlikwidowanymi w pierwszej połowie XIX wieku, gdyż wciąż pełniła funkcje militarne - była mianowicie więzieniem wojskowym. W latach 1868-71 została odrestaurowana w sposób oddający ducha romantycznego postrzegania wieków średnich. Nawiasem mówiąc, za jej obecny wygląd odpowiada Henri Beyaert, ten sam, który 20 lat później zaprojektował opisany wcześniej Square du Petit Sablon. Po  przejściu na drugą stronę obwodowego bulwaru, jest się już w Saint Gilles. Przewodniki polecają tu liczne budowle w stylu belgijskiej secesji, tworzone przez najsłynniejszych architektów epoki takich, jak Victor Horta oraz degustację dań w którejś z wybornych restauracji. Wybór jest szerszy, niż gdzie indziej. Pewnie też dlatego, że Saint Gilles ma największy w Belgii odsetek ludności pochodzenia zagranicznego (48,2%). Nam udało się połączyć architekturę secesyjną z kuchnią etniczną w trakcie wizyty w portugalskiej cukierni na Rue Vanderschrick. Patriotów kulinarnych ucieszą tu też liczne sklepy, a nawet restauracje z kuchnią polską. Po to jednak jeździ się zagranicę, aby zmysł smaku wystawiać na nowe wyzwania. Dlatego dzień zamknęliśmy degustując dania kuchni etiopskiej w niewielkiej restauracji położonej tylko nieco ponad 100 metrów od sikającego symbolu miasta. Koronowirus grasował dopiero po Dalekim Wschodzie, ale ostrożność już nakazywała nam zrezygnować z etiopskiego zwyczaju nabierania potraw w chlebek indżera i ręcznego częstowania współbiesiadników, który to zwyczaj służy umacnianiu więzi rodzinnych i przyjacielskich.


Porte de Hal - widok od północy

Porte de Hal - widok od południa

Saint Gilles - Avenue Jean Volders

Kościół św. Idziego - Saint Gilles

Saint Gilles - przykład zdobnictwa secesyjnego

Saint Gilles - przykład zdobnictwa secesyjnego

Saint Gilles - podpis zbyteczny
Po powrocie do Polski, zdając sprawę z wizyty w Brukseli mojej bywałej w świecie Mamie zostałem zaskoczony jej stwierdzeniem, że to miasto turystycznie z niczym się jej nie kojarzy. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, musiałem jednak przyznać, że jest to dosyć typowy pogląd. W Brukseli bywa się w interesach lub w ramach obowiązków zawodowych i wraca z niejasnym wspomnieniem szklanych budynków biurokracji europejskiej. Tymczasem jest to fascynujące miasto, a jego patchworkowa struktura powoduje, że każda składowa ma do opowiedzenia odrębną, ciekawą historię. Wbrew też powszechnemu przekonaniu, w dni wolne od pracy miasto nie zastyga w niebycie. Wtedy właśnie tym lepiej widać, że jego mieszkańcy wiodą spokojne, bezpieczne życie zasiedziałych europejczyków. W naszym przypadku, szybko okazało się też, że w dwa dni nie zrealizujemy wszystkich planów. Co tylko znaczy, że gdy pandemia ustąpi, przystąpimy do planowania kolejnej wizyty w stolic y Belgii i Europy.

















 


niedziela, 23 lutego 2020

Książę Witold patronem MO, czyli o wrocławskich paradoksach.



Średniowieczne, kręte schody musiały być wysokie jak na zasięg nóg jedenastolatka. Z pewnością spieszyłem się, aby jak najprędzej dotrzeć na platformę widokową. Ojciec niewątpliwie powściągał moje ambicje wieżobiegacza. Mimo to, na platformę widokową na wieży kościoła św. Elżbiety przy wrocławskim rynku dotarliśmy sprawnie i w dobrym czasie. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, czy było tam wielu turystów. Nie pamiętam też, czy oprócz kościelnych wież i dachów kamienic przy rynku widać było góry, np. najbliższą miastu Ślężę. Pamiętam za to doskonale ulice biegnące dalej rynku, przy których stały tylko ściany kamienic. Ich wnętrza pozbawione dachów i stropów ukazywały naścienne preferencje malarskie dawnych mieszkańców. Podwórka wypełniały sięgające kilku metrów góry gruzu, na których rosły całkiem już pokaźne brzózki oraz wszelka inna kolonizatorska roślinność. Patrzyłem na ten widok w oniemieniu. Ani w Białymstoku, gdzie naówczas mieszkałem, ani w żadnym innym odwiedzanym polskim mieście, nie zetknąłem się tak namacalnie ze śladami wojny. "Czterej pancerni" i "Stawka większa niż życie" cieszyły się wśród odbiorców w moim wieku wielką popularnością, ale ich akcja dotyczyła przecież lat dawno minionych, tymczasem we Wrocławiu historia rzucała ciągle swój złowrogi cień. Było lato 1970 roku, walki o twierdzę Breslau zakończyły się przed ćwierćwieczem.

Widoki z wieży bazyliki św. Elżbiety, Wrocław
Widoki z wieży bazyliki św. Elżbiety, Wrocław
Zdjęcia z końca lat 60-tych z wieży kościoła św. Elżbiety nie ukazują tylu zniszczeń, ile udało mi się zapamiętać. Uważne oko dostrzeże jednak, że "król był nagi". Zdjęcia ze strony polska-org.pl
Współczesny widok z wieży kościoła św. Elżbiety na wrocławski rynek.

Widok na dach nawy głównej kościoła św. Elżbiety odbudowany po ;pożarze w roku 1976.

Później odwiedzałem Wrocław mniej więcej co dekadę. Patrzyłem na miasto coraz bardziej świadomym okiem. Ruin i gruzowisk nie spotykałem już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Bez trudu za to zauważyłem, że centrum oddzielone jest od od położonej na południe dzielnicy Krzyki kilometrowym pasem pozbawionej wszelkiej zabudowy przestrzeni, gdzie wśród roślinności o charakterze ruderalnym biegły równo wybrukowane ulice z rdzewiejącymi szynami tramwajowymi pośrodku. Wraz z rosnącą popularnością motoryzacji tereny te zaczęto użytkować jako zorganizowane lub dzikie parkingi. Owe nieposiadające naturalnych granic przestrzenie często zwano placami posiadającymi, a jakże, swoich godnych patronów, natomiast bardzo często pozbawionymi choćby jednego zamieszkałego budynku, dla którego byłyby adresem. Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych nocowałem w nieistniejącym już hotelu Panorama z widokiem na plac Dominikański. Z okna miałem widok na olbrzymi ogrodzony teren (obecnie zajęty przez Galerię Dominikańską), w którym wykopano pokaźnych rozmiarów jamę. Zagłębienie to wypełnione było wodą, jak zgaduję gruntową, z której tu i ówdzie wystawały szczątki ceglanych ścian uporczywie przypominając, że kiedyś było tam miasto. Z pobliskiej Odry na rozlewisko przylatywały dzikie kaczki spędzając czas na pluskaniu się w wodzie i odpoczynku wśród szczątków mieszczańskich piwnic.

Aż w lipcu 1997 roku nadeszła wielka powódź. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku kanały, jazy i wały wrocławskiego węzła wodnego nie wytrzymały naporu wody o 1/3 przekraczającego ich przepustowość. Wezbrane wody Odry i jej dopływów zalały 40% powierzchni miasta. Zalane lub podtopione zostało ponad 2500 budynków. Dramatyczne wysiłki służb i tysięcy wolontariuszy pomogły uratować zabytki Starego Miasta, zbiory muzeów i Ossolineum oraz życie zwierzęcych mieszkańców ogrodu  zoologicznego. Katastrofa ta, paradoksalnie, odmieniła oblicze miasta rozpoczynając okres jego burzliwego rozwoju. Środki na odbudowę popłynęły od rządu i instytucji międzynarodowych. Wkrótce, z wejściem Polski do Unii Europejskiej, brama do unijnego  budżetu otworzyła się jeszcze szerzej. Powódź przeorała też, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, świadomość mieszkańców miasta. Ocalone wspólnym wysiłkiem, stało się dobrem wspólnym,  powodem do dumy oraz oprawą dla realizacji wielu lokalnych inicjatyw. Atmosfera tymczasowości oraz bylejakości przeminęła bezpowrotnie. Historia przestała być pojmowana jako niepowiązane okresy - polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu polski. Symbolem tego było zamówienie przez władze miasta u Normana Daviesa i Rogera Moorhousa historycznego portretu Wrocławia, łączącego elementy dotychczas rywalizujących wizji historiograficznych, w dziele o znamiennym tytule "Mikrokosmos".
Powódź w 1997 - okolice mostu Grunwaldzkiego. Za https://tvn24.pl/zdjecia/powodz-1997-r-we-wroclawiu-na-zdjeciach-bogdana-zdrojewskiego,56374.html?h=1d27
Powódź 1997 - osiedle Kozanów. Za https://tvn24.pl/zdjecia/powodz-1997-r-we-wroclawiu-na-zdjeciach-bogdana-zdrojewskiego,56374.html?h=1d27

Wrocław jest dla mnie miastem bogatym w paradoksy. Czy nie jest na przykład takowym fakt, że ulica Wielkiego Księcia Witolda na Kępie Mieszczańskiej zawdzięcza swoją nazwę stacjonującym nań milicjantom, których naczelnym komendantem w latach 1945-49 był komunistyczny generał Franciszek Jóźwiak, używający podczas okupacji niemieckiej pseudonimu "Witold". Władzom miejskim niezbyt wypadało walczyć z takim protektorem, ale że żyjącym nazwy ulic nie przysługiwały, w duchu kompromisu zamieniły generała na Wielkiego Księcia, a sąsiednim ulicom za patronów dały innych bohaterów sienkiewiczowskich "Krzyżaków". Obecnie okolica ta jest intensywnie zabudowywana, ale przez dziesięciolecia była to powojenna pustynia pozostająca pod czujnym okiem oddziałów prewencji Milicji Obywatelskiej. Pobliskie dwie elektrownie wodne są jedynymi znanymi mi z Polski przykładami usytuowania takich obiektów w centrum dużego miasta. Jako, że zaprojektowano je w ciekawej modernistycznej szacie, Wrocław ma zabytki nie tylko na brzegach, ale i w nurcie Odry.

Elektrownia południowa od strony zachodniej.

Brama do elektrowni południowej

Elektrownia południowa od strony Mostu Pomorskiego 

Fragment elektrowni północnej

Jednym z najbardziej malowniczych i urbanistycznie "kompletnych" rejonów miasta jest Ostrów  Tumski, swoista dzielnica biskupia i historyczna ostoja katolicyzmu w zasadniczo protestanckim Wrocławiu. W poprzecinanym ramionami Odry i jej dopływów mieście jest to jedyna wyspa nosząca miano Ostrowia oraz jedyna, którą wody opływają obecnie tylko z jednej, południowej strony. Ostatnimi śladami obmywającego ją do 1807 roku północnego ramienia rzeki są stawy w Ogrodzie Botanicznym.

Do katedry wrocławskiej w grudnia zeszłego roku powrócił historyczny srebrny ołtarz biskupa Jerina. Słynne arcydzieło wrocławskiego złotnictwa ma w swojej bogatej historii wiele elementów paradoksalnych. W 1632 roku, gdy Ostrów Tumski zdobyły i splądrowały protestanckie wojska szwedzkie i saksońskie, ołtarz nie dostał się w ich ręce. Katolicki biskup oddał go na przechowanie protestanckiej radzie miasta, a tam zdobywcy już go nie szukali. 80% zdemontowanego przed oblężeniem w roku 1945 ołtarza przetrwało wojnę, ale zostało skazane na zesłanie: najpierw do kościoła w Szamotułach, a od lat 60-tych XX wieku do wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam spoczywało w ciszy i, paradoksalnie, zapomnieniu aż do wystawy pt. "Skarby katedry wrocławskiej" zorganizowanej w 2017 roku w Muzeum Narodowym. Zmontowany tymczasowo na potrzeby wystawy, tak zachwycił muzealników, duchownych i przedstawicieli władz miejskich, że podjęto decyzję o jego rekonstrukcji i powrocie do katedry. Dziś pyszni się na dawnym miejscu w prezbiterium. Szkoda tylko, że oglądać go można jedynie z daleka oraz na razie bez możliwości podziwiania renesansowych malowideł na skrzydłach poliptyku.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina.

Również kościół św. Krzysztofa odcięty od Starego Miasta, niegdyś nurtem Czarnej Oławy, a obecnie ruchliwą staromiejską obwodnicą (ul. Kazimierza Wielkiego), to skarb dla poszukiwacza wrocławskich paradoksów. Jest to świątynia ewangelików niemieckojęzycznych. W każdą niedzielę o godzinie 10:00 zbiera się w nim na modlitwę niewielka wspólnota wiernych. Tymczasem od początku XV do końca XIX wieku było to miejsce, gdzie modlili się polskojęzyczni wyznawcy rytu luterańskiego. Naturalnej wielkości figura patrona, mimo, iż wykonana z drewna, jest jedynym elementem dawnego wyposażenia, który przetrwał bombardowania i pożar wnętrza świątyni w 1945 roku. Było to możliwe, gdyż od szalejących płomieni oddzieliły ją grube gotyckie ściany - w owych czasach figura stała we wnęce po zewnętrznej stronie murów świątyni. W oknach prezbiterium zainstalowano niedawno witraże, które w duchu ekumenizmu ukazują męczenników za wiarę z okresu III Rzeszy (ewangelików: Dietricha Bonhoeffera i biskupa Juliusza Bursche oraz katolików: św. Maksymiliana Kolbe i św. Edyty Stein).

Kościół św. Krzysztofa

Gotycka figura świętego.

Ołtarz w kościele św. Krzysztofa

Witraże  z wizerunkiem katolickich i luterańskich męczenników za wiarę.

Wrocław ma też szereg zabytków, którym dano szansę na drugie życie. Tradycja ta nie ogranicza się do lat powojennej odbudowy miasta, lecz sięga korzeniami do czasów wcześniejszych. W południową ścianę gotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wmurowany jest wspaniały, romański portal ołbiński. Pochodzi on z rozebranego w 1529 roku, pod pretekstem zagrożenia tureckiego, opactwa norbertanów, znajdującego się niegdyś w tej wrocławskie dzielnicy. Mało kto miał szansę go podziwiać, bo wąska, zastawiona parkującymi samochodami, uliczka nie zachęca do zapuszczania się weń turystów, którzy do wnętrza  dostają się z przeciwnej strony kościoła. Mało kto również trafia do położonego na Nadodrzu kościoła Opieki św. Józefa. Jego gotycki poprzednik podzielił losy ołbińskiego opactwa i w tym samym czasie został złożony w ofierze potrzeb bezpieczeństwa miasta. Historia powtórzyła się z jego następcą w 1806 roku, z tą różnicą, że tym razem wróg w postaci wojsk napoleońskich dotarł jednak na miejsce i zdobył Wrocław. W końcu, w 1821 roku, powstała istniejąca do dzisiaj świątynia w stylu klasycystycznym. Na jej frontonie znalazła się gotycka scena ukrzyżowania i kartusze herbowe pochodzące z rozebranej nieco wcześniej bramy Mikołajskiej.

Portal ołbiński w południowej ścianie kościoła św. Marii Magdaleny. Zdjęcia ze strony polska-org.plbliżenie na 
Zbliżenie na detale portalu ołbińskiego. Zdjęcia ze strony polska-org.pl

Kościół Opieki św. Józefa

Gotyckie rzeźby na fasadzie kościoła.


Największym wrocławskim paradoksem jest jednak fakt, że przy tak olbrzymich zniszczeniach, zachowało się tak wiele ciekawych budynków i elementów dawnej architektury. Bez problemu możnaby nimi obdzielić kilkanaście mniej historycznie doświadczonych miejscowości. W czasie ostatniego pobytu trafiliśmy na ulicę Mikołaja Reja, gdzie z wysokości czwartej i piątej kondygnacji obserwuje otoczenie piękna dama bujająca się na huśtawce, w towarzystwie dwóch amorków. Cała okolica to rezerwat architektury sprzed I wojny światowej zachowanej mimo, iż w pobliżu Niemcy wyburzyli całe kwartały zabudowy na potrzeby powstającego lotniska polowego (dzisiejszy plac Grunwaldzki). Z kolei pilczycki Park Zachodni, będący w historii znacznym kompleksem grzebalnym (obejmującym cmentarz żydowski, komunalny oraz katolicki), zachował interesujący nagrobek z figurą anioła i niemiecką inskrypcją mówiąca w tłumaczeniu: "Również cierpienie jest posłańcem Boga". Nie wiadomo, czy decydentami zleconej w 1967 roku likwidacji cmentarzy powodowało uznanie dla wartości artystycznej tego pomnika, czy też chcieli jednak pozostawić materialny ślad cmentarnej historii parku. 

Płaskorzeźba na ulicy Mikołaja Reja

Zbliżenie płaskorzeźby na ulicy Mikołaja Reja

Znacznik Parku Zachodniego
Jedyny zachowany nagrobek w Parku Zachodnim

Każda wizyta we Wrocławiu daje możliwość podobnego spotkania z przeszłością i to nie tylko na Starym Mieście, ale i w pozornie mniej zabytkowych dzielnicach. Dlatego wyjeżdżając z tego miasta już układam plany kolejnej wizyty, obejmującej miejsca i obiekty, o których dowiedziałem się śledząc jego dzieje, lecz których również tym razem nie zdołałem odwiedzić.