czwartek, 20 czerwca 2019

Pełne Łąki

"Po co nam zamorskie kolonie? Nasze kolonie zaczynają się już za Rembertowem"
- tak skomentował przedwojenny minister spraw zagranicznych RP Józef Beck postulat aktywistów Ligi Morskiej i Kolonialnej, aby Rzeczpospolita dla udowodnienia swego mocarstwowego statusu weszła w posiadanie zamorskich kolonii.

Abstrahując od kontekstu i rzeczywistych intencji autora tej sentencji, muszę wyznać, że niewiele kilometrów za Rembertowem, gdzieś za Mińskiem Mazowieckim i po przekroczenia rzeczki Rządzy (czyli raptem 30-35 km od Warszawy), poczynam odbierać sygnały przedpola Kresów. Rzadsza sieć osadnicza, mozaika lasów, pól i łąk, charakterystyczne drewniane domki, trawa jakby bardziej zielona, a gniazda bocianów jakby liczniejsze - to wszystko zdradza wschodni kierunek przemieszczania się jeszcze zanim dostrzeżemy kopułki pierwszych cerkwi czy usłyszymy charakterystyczny zaśpiew w mowie mieszkańców. Podlasie, które do Unii Lubelskiej należało do Wielkiego Księstwa Litewskiego graniczyło z Mazowszem wzdłuż rzeki Liwiec, za wyjątkiem dolnej części jej biegu, który w całości znajdował się w tej pierwszej krainie historycznej.

Ten właśnie odcinek rzeki wybraliśmy do spływu w gorący czerwcowy weekend. Kajaki wypożyczyliśmy w Strachowie. Nad rzeką działa zresztą co najmniej pół tuzina konkurencyjnych/ uzupełniających się biznesów z tej branży. Towarzyszył nam największy wodniak wśród czworonogów czyli nasz pies Harry. Jego obecność na kajaku wywołuje zawsze sympatyczne reakcje i życzliwe komentarze wśród napotkanych osób. Tak było i tym razem. Jest to o tyle ważne, że nadliwieckie miejscowości od ponad stu lat robią karierę podwarszawskich miejsc odpoczynku. "Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich" w wydaniu z 1902 roku opisywał na przykład "Urle, wieś, pow. radzymiński. Na obszarze lasów przyległych do tej wsi a stanowiących własność hr. Zamojskiego [...], pobudowano wille i domki przeznaczone na letni pobyt mieszkańców Warszawy. Kolej warsz.-petersburska, której tor przecina te lasy, urządziła tu przystanek zw. Platformą hr. Zamojskiego, odl. 45 wiorst od Warszawy. Około 4000 osób zamieszkuje tu w letnich miesiącach". Dzisiaj letników jest na pewno więcej, a "wille i domki" rozprzestrzeniły, tak w okolicznych miejscowościach, jak i otaczających je lasach.

Popularność tych okolic przetrwała wszelkie zmiany ustrojowe. Czasy PRL wniosły do krajobrazu parę nienajszczęśliwszych wizualnie ośrodków wypoczynkowych warszawskich zakładów pracy. Ja sam trafiłem do nadliwieckiego letniska latem 1975 roku w ramach rekonwalescencji po przebytej chorobie. Miejscowość Puste Łąki, to było wówczas kilka domów rozrzuconych wokół skrzyżowania dróg z Wyszkowa do Węgrowa oraz z Urli do Kamieńczyka. Żadnej infrastruktury społecznej prócz przystanku PKS, na który przyjeżdżało się od kolei w Łochowie. Mieszkaliśmy jakieś 200 metrów od skrzyżowania, na skraju lasu, w drewnianej domu pokrytym dwuspadowym dachem z pokojami dla gości na parterze i poddaszu. Woda ze studni, toaleta typu "sławojka" na zewnątrz domu. Warunki pobytu raczej spartańskie, co kontrastowało z atmosferą obiadów, które wykupiliśmy w pobliskim ośrodku PAX-u. PAX był koncesjonowaną przez PRL-owskie rządy organizacją katolicką, która w zamian za wspieranie światowego i krajowego komunizmu otrzymała pewne przywileje ekonomiczne. Przede wszystkim jednak mogła i chciała prezentować się jako ostoja tradycji i dawnych wartości. A cóż bardziej uosabiało te tradycje jeśli nie dwór polski. Tak więc nasz ośrodek zajmował dwór w majątku o nazwie Halin. Obiady podawało się tam na tarasie z widokiem na okoliczny starodrzew. W owych czasach nie mogły być nadmiernie wystawne, ale jadało się tam nieśpiesznie, zarówno obsługa jak i goście trzymali fason, ubierali stosownie do miejsca i czasu oraz toczyli dyskusje na odpowiednio wyrafinowanym poziomie. Atmosferę pewnej wyjątkowości tego wyjazdu podkreślał fakt, że gośćmi naszego domu bywali literaci: poeta Stanisław Grochowiak (jedyny poeta, który zaszczycił mnie uciskiem dłoń) oraz prozaik Stanisław Rembek. Trudno dostępne książki tego ostatniego (Nagan, Ballada o wzgardliwym wisielcu) przeczytałem i wywarły one na mnie ogromne wrażenie. Na poezję jednak nie dałem się skusić.

W domowych archiwach zachowało się zdjęcie z fragmentem szczytowej fasady domu w Pustych Łąkach (poniżej). Przez podobieństwo z domem letniskowym w podwarszawskim Komorowie można go datować na ostatnie lata XIX wieku.
Zamknięta na trwale brama dworu w Halinie.
Dwór w Halinie wystawiony na sprzedaż (za www.domiporta.pl)
Oczywiście poza snobowaniem się na wyższe sfery były to normalne wakacje. Chodziliśmy na spacery po lesie, graliśmy w badmintona, zbieraliśmy jagody, a w gorące dni pluskaliśmy się w Liwcu. Dojście do wody nie było trudne, brzegi zaś dostępne. Szukaliśmy dających cień drzew, a w wodzie miejsc gdzie dałoby się zanurzyć do pasa. W weekendy staraliśmy się też znależć miejsca ustronne, ale zawsze w zasięgu wzroku byli inni plażowicze.

I oto po 44 latach przyszło nam podziwiać ten świat z innej perspektywy. Przed oczami przesuwają się jak w filmie grupy wysokich sosen i rozłożystych wierzb. Brzegi są niskie, z rzadka tylko urywające się z wysokości 2 - 3 metrów. W kilku miejscach zabudowa przybliża się do samej wody. Są to przeważnie osiedla domków letniskowych, na szczęście, zazwyczaj dyskretnie ukrytych wśród zieleni. Natykamy się na tylko jedną działkę, którą od strony rzeki chronią tabliczki z groźnym napisem "Teren prywatny - wstęp wzbroniony". Za miejscowością Nadkole na prawym, wyższym brzegu biegnie droga i słysząc odgłosy przejeżdżających, acz niewidocznych za krzakami, pojazdów  ma się wrażenie, że za chwilę wpadną do wody.

Co jednak na Liwcu najbardziej charakterystyczne to rozległe mielizny oraz korzystający z nich ludzie. Nie jest normą, aby na całkiem pokaźnej rzece plażowicze szerokim pasem okupowali nie tylko obydwa brzegi, ale też całą szerokości rzeki. Ludzie chlapią się, brodzą lub po prostu leżą pośrodku nurtu na piaszczystym dnie. Przy całkiem sporym ruchu kajaków obie strony muszą zachować sporo uwagi i życzliwości, aby nie doszło do jakiejś kolizji. Na szczęście, gdy my ostrożnie manewrujemy wśród zażywającej ochłody ludności do akcji wkracza Harry przybierając swoje najbardziej imponujące pozy. W rezultacie słyszymy wyłącznie komplementy i zwroty grzecznościowe, na które czasem trzeba odpowiadać w imieniu czworonożnego załoganta.

Na Liwcu trudno narzekać na brak towarzystwa.
Harry na wachcie.

Częste spychanie kajaka z mielizn równa się częstemu usuwaniu zebranej w nim wody.




Ujście Liwca do Bugu (za http://photo.bikestats.eu/photo/414500/ujscie-liwca-do-bugu). Dzięki wysokiemu stanowi wody na Bugu uniknęliśmy widocznych na zdjęciu mielizn.
Na dłuższą metę jest to jednak uciążliwe więc gdy dosyć niespodziewanie, bo bez pokonywania rozległych mielizn, osiągamy ujście Liwca do Bugu, czujemy ulgę. Daleko za nami zostaje ludzki gwar i aromat grilowanych kiełbasek. Bug toczy swe zielonkawe wody leniwie, wzrok biegnie daleko w górę i dół jego szerokiej doliny. Kajakarze, którzy na Liwcu są zawsze tuż za lub przed nami, nagle oddalają się na dystans na tyle duży by tylko jaskrawymi kreskami przerywać monotonię wodnych przestrzeni. Niestety, osiągnięcie Bugu oznacza kres naszego spływu w malowniczym Kamieńczyku, który zanim przyjął obecną nazwę i rolę był siedzibą kasztelanii i powiatu oraz nosił dumne miano Kamieńca Mazowieckiego. Pustymi ulicami wśród drewnianych domków i schludnych ogródków docieramy do centrum, które wyznaczają budynki Ochotniczej Straży Pożarnej, poczty, delikatesów i restauracji. Gospoda Kamieńczyk to lokal przychylny czworonogom z bogatym menu. Tu ukryci na tarasie przed palącymi promieniami słońca uzupełniamy zapas kalorii i płynów w organizmie.

Do samochodu zostawionego w Strachowie wracamy piaszczystymi drogami usianymi lejowatymi pułapkami, w których mrówkolwy czyhają na swe ofiary. Puszcza Kamieniecka to głównie porośnięte sosnowym borem wydmy gdzieniegdzie urozmaicone błotnistymi zagłębieniami, gdzie krwiożercze komary zbierają się do ataków na ciepłokrwistych żywicieli. Na piaszczystych glebach uprawiany jest owies i żyto, ale wszechobecne tablice "Sprzedam" zdradzają, że właściciele nie wiążą z tym zajęciem przyszłości. W połowie drogi między Kamieńczykiem a Pustymi Łąkami znajduje się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej. Rozrzucone na wielu hektarach rozmaite budynki, w części pamiętające jeszcze lata przedwojenne, są miejscem prowadzenia wszelakiej działalności zakonnej. Prawdziwą perełką jest jednak lśniący bielą kamienia nowy kościół w stylu neoromańskim kojarzący się z architekturą znad Morza Śródziemnego. Tymczasem niespodzianie znajdujemy go wśród sosen na skraju doliny Liwca. W kompleksie znajduje się obiekt oznaczony jako kawiarnia, ale podczas naszej wizyty jest zamknięty, zaś woda z kranu, którą napełniamy nasze butelki roztacza tak silną woń siarkowodoru, że pomimo pragnienia nie decydujemy się na jej wypicie.

Dalsza droga biegnie krawędzią doliny. Ze starorzeczy dobiega rechot ich żabich mieszkańców. Na rozłożystym dębie wisi pożółkła fotografia upamiętniająca Ignacego Kłopotowskiego, założyciela zgromadzenia sióstr loretanek, który w 1928 roku nabył dobra Zenówka w celu osiedlenia w nich sióstr i założenia klasztoru. Zza płotów otaczających chylące się ku upadkowi wille ujadają na nas psy. W końcu docieramy do ogrodzenia dworu w Halinie. Od drogi nie widać starego domu, tylko kilka pobudowanych już po mojej pierwszej wizycie sztampowych pawilonów wypoczynkowych. PAX już dawno pozbył się tej nieruchomości, a obecnie stara się to zrobić kolejny właściciel. Na samych wspomnieniach o dawnej świetności, bez oryginalnego pomysłu i solidnego wkładu finansowego, trudno dzisiaj dopiąć jakikolwiek biznes plan.

Domu, w którym mieszkałem nie udaje mi się znaleźć. W miejscu dojazdowej drogi stoją teraz inne budynki. Nawet satelita nie daje jednoznacznej odpowiedzi czy coś nowego pobudowano na tej działce. Za to przy drodze do Strachowa stoi odnowiona kapliczka upamiętniająca Cud na Wisłą, zwycięską bitwę z bolszewikami w 1920 roku. Ona, podobnie jak loretański klasztor doczekała lepszych czasów. Latami chroniona przez peryferyjne położenie i zanurzenie w bujnej zieleni, dzisiaj  odnowiona, z dojściem po równym polbruku, pręży się na poboczu drogi. Tyle, że z braku chodnika oraz miejsc parkingowych w pobliżu jest odwiedzana chyba tylko w rytualnym pochodzie 15 sierpnia.

Liwiec nie przestaje przyciągać warszawiaków oraz mieszkańców bliższych miasteczek i wsi już od ponad wieku. Tak jak przystanek w Urlach nie nosi już nazwy Platformy hr. Zamojskiego, tak zmieniły się sposób podróżowania oraz formy wypoczynku w tej okolicy. Stare budynki ustępują miejsca nowym lub starają się przetrwać przejmując nowe funkcje. Bardzo mnie kusi, aby wypowiedź ministra Becka interpretować jako wskazanie terenów na wschód od Rembertowa jako celu wyjazdu na kolonie, czyli szeroko rozumianego miejsca wypoczynku i rekreacji. Jako obszar skolonizowany, brzegi Liwca nie całkiem odpowiadają przedstawionej wyżej koncepcji "wschodu ". Jednak po wypłynięciu na wody Bugu zawsze można zwrócić wzrok ku wschodowi, gdzie skrywa się prawdziwy duch kresów.

Plebania w Kamieńczyku.
Kościół w Kamieńczyku
Drewniana zabudowa Kamieńczyka (co za oksymoron!)

Widok na strażacką wieżę z ponad restauracyjnego stołu.
Przydrożna kapliczka w Kamieńczyku
Na piaszczystej drodze.


Impresje z trasy Kamieńczyk - Loretto.
Cmentarz sióstr Loretanek.
Śródziemnomorskie klimaty pośród Puszczy Kamienieckiej.
Przedwojenny budynek klasztorny oraz kaplica w Loretto.
Pomnik błogosławionego Ignacego Kłopotowskiego.
Jeden ze starszych budynków w kompleksie sanktuarium.
Dąb ks. Kłopotowskiego.
Kapliczka Cudu nad Wisłą








niedziela, 26 maja 2019

Wspomnienia z Camino





Skrzypienie uchylanych drzwi, odgłos przytłumionej rozmowy, nagły błysk włączonej i natychmiast wyłączonej lampy. Wychylam głowę ze śpiwora. Za oknem dopiero dnieje. Zegarek pokazuje 5:30! W drugim końcu dormitorium krząta się już kilku pielgrzymów. Przez następne 90 minut to zapadam w płytką drzemkę to budzę się z nagła alarmowany kolejnymi szmerami. Gdy w końcu sygnał budzika wymusza na mnie wstanie z pryczy sala jest prawie pusta. Idąc pod natrysk widzę jak ostatnie osoby opuszczają nasze albergue (schronisko). Niestety, wraz z nimi ze schroniskowej lodówki zniknęły też nasze wiktuały przeznaczone na śniadanie. Szczęśliwie chleb i owoce przechowywaliśmy w plecakach.

Mija właśnie rok od czasu, gdy rozpoczęliśmy wraz Podziomkiem "pielgrzymkę" ścieżkami św. Jakuba. Wybraliśmy Via de la Plata, a właściwie jej ostatnią galicyjską część rozpoczynającą się w Ourense. Dystans nieco ponad 110 km rozłożyliśmy na sześć etapów.










W sam raz dla pary w zaawansowanej szóstej dekadzie życia i bez praktyki regularnych wędrówek. W wielu miejscowościach na trasie znajdują się schroniska prowadzone przez gminy, stowarzyszenia i osoby prywatne. Zazwyczaj to jedno lub dwusalowe obiekty z łazienkami i jakąś przestrzenią wspólną. Cena za nocleg wynosi 10 Euro, ale posiadacze paszportu pielgrzyma (rodzaj pielgrzymkowej książeczki GOT) płacą tylko 6 Euro. Po dwóch pierwszych nocach spragnieni większej prywatności zboczyliśmy do miasteczka Lalin, gdzie znaleźliśmy prywatne albergue zorganizowane w trzypokojowym mieszkaniu. Zapłaciliśmy pełne 10 Euro, ale mieliśmy do dyspozycji własny pokoik oraz mogliśmy zrobić pranie w prawdziwej pralce. Wyżywienie trzeba zapewnić sobie we własnym zakresie, schroniska znajdują się w miejscowościach gdzie funkcjonują sklepy, bary i restauracje. Zazwyczaj na każdym z etapów trafiają się bary, gdzie można liczyć na kupno kawy, drinka i kanapki (bocadillo). Ciekawy zwyczaj mają na ostatnim postoju przed Santiago de Compostela, w Albergue de Peregrinos Outeiro, gdzie zbierają od gości zamówienia posiłków, które są dostarczane z położonej w dolinie restauracji. Ten posiłek wspominamy najmilej, zarówno ze względu na jego smak jak i na wyśmienite towarzystwo.

Spichlerzyk (horreos) - charakterystyczny element wsi galicyjskiej

Stylizowana muszla św. Jakuba wyznacza przebieg szlaku. Zużyte obuwie pielgrzymi zostawiają u celu wędrówki, ale czasem tam, gdzie spotkała ich ta przykra sytuacja.

Solidne słupki znacznikowe rozmieszczone są w kluczowych miejscach trasy. Znacznie częściej spotyka się namalowane żółtą farbą strzałki.

Do celu zostało jeszcze wiele kilometrów i setki metrów podejść i zejść.

Most z X wieku, najstarszy na naszej trasie.

Kościółek św. Marcina w Dornelas.

Most kolei wielkich prędkości (AVE) nad rzeką Ulla.

Widok na Pico Sacro na ostatnim etapie pielgrzymki.

Z takimi bagażami dotarliśmy do celu.

Po pokonaniu conajmniej 100 km w biurze pielgrzymkowym w Santiago  można otrzymać compostelę, czyli zaświadczenie o ukończeniu pielgrzymki. Muszlę św. Jakuba kupuje się jako pamiątkę za 1 Euro.

Rzeźba Św. Jakuba Starszego jako pogromcy Maurów w katedrze w Santiago.

Trasa z Ourense do Santiago wiedzie przez niewysokie (do ok. 820 m npm) wzgórza poprzecinane głębokimi dolinami. To deszczowa Galicja, więc zieleń łąk i lasów jest wyjątkowo bujna, a rzeki i strumienie niosą wiele wody. Jako, iż prócz naszego szlaku oba miasta łączą szosa, autostrada, linia kolei tradycyjnej i kolei wielkich prędkości (AVE) nad dolinami przerzucone są liczne mosty od starożytnych po, szokujące śmiałymi kształtami i wysokością, konstrukcje współczesne. Miejscowości na trasie to głównie wsie, więc i zabytki są zazwyczaj wiejskiej skali (kościółki i kaplice) lub przeznaczenia - malutkie kamienne spichlerzyki (horreos) oparte na 2 - 2,5 metrowych rzeźbionych kolumienkach. Jedynie klasztor Santa Maria de Oseira wyróżnia się tak skalą, jak i znaczeniem architektonicznym uchodząc za jedną z najwybitniejszych realizacji cysterskich na Półwyspie Iberyjskim. Prowincjonalna Hiszpania traci średnio siedmiu mieszkańców na godzinę. W gminie Lalin tylko jedna wieś liczy więcej niż 100 mieszkańców. Spotyka się wiele opuszczonych gospodarstw, ale naprawdę surrealistyczne wrażenie robią wyspy nowoczesnej zabudowy wielokondygnacyjnej. Nigdy nie zasiedlone pomniki spekulacyjnej pychy straszą zamurowanymi oknami wystawowymi wyrastając ponad dachy tradycyjnej zabudowy.
Schronisko dla pielgrzymów w Bandeira.
Klasztor Santa Maria de Oseira

Już blisko do celu, ale wzgórza wokół wciąż wysokie.

Via de la Plata nie jest trasą najbardziej popularną. Ten tytuł niezagrożenie dzierży Camino Frances, którą w 2018 roku wędrowało ponad 183 tysiące pielgrzymów, podczas gdy na naszej trasie w tymże roku doliczono się ich raptem nieco ponad 9 tysięcy. Wystarczająco dużo, aby dostarczać okolicznym miejscowościom impulsów do rozwoju, a równocześnie na tyle mało, aby relacje miejscowej ludności z wędrowcami nie sprowadzały się do komercji. W hotelu w Ourense bez żadnych opłat przechowano nam przez tydzień zbyteczne bagaże (zabraliśmy ich więcej, gdyż po pielgrzymowaniu spędziliśmy jeszcze tydzień na Costa del Sol), a gdy jedyny raz na trasie skręciliśmy w niewłaściwą drogę, przejeżdżający samochodem tubylec zatrzymał się, aby wskazać prawidłowy kierunek. Tak jak wychodziliśmy na trasę jako jedni z ostatnich, tak i ostatni docieraliśmy do celu. Zazwyczaj zostawały dla nas miejsca na górnym poziomie piętrowych łóżek. Współwędrowcy drzemali już na wcześniej zajętych miejscach, opatrywali zbolałe nogi lub doprowadzali do porządku ekwipunek. Koncentracja życia towarzyskiego miała miejsce przy posiłkach, ale że wiele schronisk nie oferowało kuchni, ani jadalni, przenosiło się ono do pobliskich barów, gdzie już nie wszyscy wędrowcy docierali. Wśród pielgrzymów na tej trasie przeważają Hiszpanie i Latynosi. Polaka spotkaliśmy tylko jednego, ale poniekąd przynależał do powyższej kategorii, bo od lat mieszkał w Hiszpanii. Im bliżej celu wędrówki, tym towarzystwo na trasie i w schroniskach robiło się bardziej międzynarodowe. Na ostatnim etapie nagle pojawiła się znaczna reprezentacja cyklistów. Po sześciu dniach marszu znaliśmy już, przynajmniej z widzenia, a czasem i po imieniu, wiele z osób spotkanych na szlaku. Nie było więc zaskoczeniem, że na wypełnionych wielojęzycznym tłumem uliczkach Santiago ktoś wołał do nas radosne "Hola", czy nawet decydował się na zrobienie publicznego misiaczka.


Dziedziniec uniwersytetu w Santiago de Compostela.

A gdzie w tym odcinku miejsce na wspomnienia? A jednak jest! Santiago de Compostela odwiedziłem w lutym 1987 roku. Dowieziony zostałem wycieczkowym autokarem z Vigo, gdzie, w drodze z Antarktydy, zacumował nasz statek. Ciężkie chmury wisiały nad placem do Obradoiro, wspaniałe fasady otaczających go gmachów lśniły resztkami porannego deszczu, którego resztki wciąż spadały z wymyślnych rzygaczy i ciurkocząc uciekały rynsztokami. Czekał już na nas przewodnik, który zaprowadził nas do katedry i opowiedział o historii kultu św. Jakuba w tym właśnie miejscu. Tak jak i tym razem mogłem objąć relikwiarz świętego, który w formie gotyckiego popiersia góruje nad prezbiterium katedry. Ówczesne Santiago do dzisiejszego ma się tak, jak kupiony wtedy czarno-biały (przepraszam okładka była w kolorze) przewodnik do współczesnego bogato ilustrowanego kolorowymi fotografiami. Różnią się zdecydowanie formą, ale różnica w treści nie jest znacząca. Natomiast zdecydowanie zmieniła się liczba pielgrzymów. W połowie lat osiemdziesiątych XX wieku nie sięgała ona nawet tysiąca rocznie obecnie jest ich około 300 razy więcej. I to właśnie obecność tłumu wielojęzycznych, barwnych i generalnie pozytywnie nastawionych pielgrzymów czyni to miejsce, bardziej niż niewątpliwie wybitne zabytki architektury, tak unikalnym i atrakcyjnym.




wtorek, 14 maja 2019

(Nie)zapomniana pustelnia

"Idąc z Werchraty najpierw dociera się na skraj rozległej łąki. Tu wita nas pierwszy powalony krzyż.Teren zaczyna się łagodnie dźwigać. I znów las, tyle że droga wysadzana wierzbami. Źle się tu czują w sosnowym młodniku. Stoją tak stare i poskręcane, ziejąc czarnymi otworami dziupli.  Mieszkałyby w nich duchy, gdyby miały kogo straszyć. Na zakręcie bieleją ściany kapliczki. (...) Droga coraz bardzie kręta i stroma. Na krzyżówkach - a Monastyr to typowa wielodrożnica - krzyże. Tą część wsi wzięła w posiadanie olsza szara. (...) W poszyciu króluje zimozielony barwinek. (...) Tylko większe głazy sterczą spod zielonego dywanu. Tu i tam wyrastają ponad pospólstwo stare buki, lipy, jawory czy dęby - jedyni rdzenni mieszkańcy Monastyru. Nisko w dolinie lśni zarośnięty rzęsą staw, zasilany tryskającym obok źródełkiem. Niegdyś była to żelazna rezerwa wody, która na wapiennym Roztoczu zalega bardzo głęboko. Na koniec droga osiąga swą kulminację. Z lewej na szczycie wzgórza widać mur wysoki na 2-3 metry". (Gościniec, XVI, nr 6 /175)


























Po 35 latach znowu pokonałem drogę opisaną przez mnie na łamach Gościńca. Przedwojenna WIG-owska mapa nie jest już potrzebna - do Monastyru z Werchraty prowadzi znakowany zielony szlak turystyczny. Drzewa wyraźnie podrosły, śladów po dawnej wsi jest coraz mniej, ale moje ówczesne przekonanie, że z czasem najciekawsze jej części tj. pozostałości po klasztorze bazylianów oraz po pustelni albertynów pochłonie las nie sprawdziło się. Przeciwnie Lasy Państwowe oczyściły ich teren z samosiejek i postawiły tablice informacyjne. Wejścia do klasztornych podziemi zostały zabezpieczone kratami, a na miejscu pustelni stanęła wiata/kaplica. Na dziedzińcu klasztornym stoi  krzyż oznaczający miejsce po drewnianej, siedemnastowiecznej cerkwi rozebranej dla pozyskania budulca w latach 50-tych XX wieku oraz sporo mogił, z których najsolidniej  wyglądają te z pierwszej wojny światowej. Jest  też upamiętnienie partyzantów UPA poległych w obławie NKWD w styczniu 1945 roku.  Granitowa płyta została rozbita w ramach gorszącej wojny na pomniki hurapatriotów polskich i ukraińskich. Nieodparcie nachodzi mnie refleksja, że byłoby korzystnie przekierować część trawiącego ich zapału na rekonstrukcję chylących się ku upadkowi krzyży powstałych w ośrodku kamieniarskim w pobliskim Bruśnie.








Roztocze Rawskie, inaczej  Południowe to idealne miejsce  na wyjazd wyciszeniowy. Oprócz wpisanej na listę dziedzictwa UNESCO cerkwi w Radruży oraz parku zdrojowego w Horyńcu podczas festynu nie grozi zetknięcie z turystyką masową. Po przymusowym wysiedleniu zamieszkałej tu ludności ukraińskiej w 1947 roku pola uprawne zostały przejęte częściowo przez PGR-y, a częściowo przez Lasy Państwowe. W rezultacie powstała charakterystyczna mozaika kompleksów leśnych i terenów otwartych niegdyś używanych jako pastwiska, dzisiaj obsianych rzepakiem. Wędrując przez nie można cieszyć oczy dalekimi widokami i delektować się spotkaniami z dziką zwierzyną częściej niż innymi ludźmi. Zbieżność losów oraz podobieństwo krajobrazów powodują, że niekiedy nazywa się Południowe Roztocze małymi Bieszczadami. Poprawniejszą nazwą byłby jednak miniaturowy Beskid Niski gdyż podobnie jak tam zachowało się tu sporo przykładów kultury materialnej (cerkwie, kaplice, krzyże) niegdysiejszych mieszkańców.




























Naszym punktem wypadowym był Horyniec-Zdrój. Ciekawe wycieczki można też rozpocząć w Lubyczy Królewskiej, Siedliskach czy Narolu, ale Horyniec przebija  je wszystkie bogatszą ofertą noclegowo-gastronomiczną. No i posiada uzdrowiskowe atrakcje: sanatoria, dancingi, prawdziwą kawiarnię i park zdrojowy. W tym ostatnim, rewitalizowanym w ostatnich latach, wzniesiono pijalnię i amfiteatr, zainstalowano pole fontannowe, a trasy spacerowe w podmokłych północnej i południowej części kompleksu poprowadzono po kładkach zbudowanych z drewna modrzewia syberyjskiego. Ze względu na akceptację psów (UWAGA: bez obecności w sali śniadaniowej) wybraliśmy noclegi w Pensjonacie Hagi. Pokoje są tam niewielkie metrażowo, ale wygodne, a personal bardzo przyjazny. Co do możliwości posiłku na trasie to liczyć można tylko na wałówkę zabraną do plecaka. W okolicznych miejscowościach bez problemu znajdziemy lokale gastronomiczne, niestety o  jakościowo  nierównym menu. W ramach jednego zamówienia otrzymuje się dania dobre, nijakie oraz całkowite kulinarne pomyłki. Z czystym sumieniem polecić mogę tylko zajazd Z Pieca i Gara przy południowym wjeździe do Tomaszowa Lubelskiego krajową 17-tką.

Jak zmieniło się Roztocze od 1979 roku, kiedy byłem tam po  raz pierwszy? Przede wszystkim ma bogatszą ofertę turystyczną. Naówczas nocowało się w sezonowych schroniskach młodzieżowych, w domach parafialnych, co z dzisiejszej perspektywy brzmi bardzo egzotycznie, lub w ostateczności u gospodarzy po stodołach. Znakowanych szlaków nie ma aż tyle więcej, ale ich przebieg zmienił się przez te lata wielokrotnie. Przybyło natomiast atrakcji turystycznych. To znaczy dzisiaj za takowe uważa się o wiele więcej obiektów, są one dokładnie opisane i oznaczone w terenie. Zamiana sposobu uprawy z wypasu na uprawę roślin odebrała roztoczańskim "halom" wiele dzikości, ale, zwłaszcza w porze kwitnienia rzepaku, dodała malowniczości. Lasy Państwowe pasjami kładące asfalt na drogi leśne doprowadziły do sytuacji, że są one jakościowo lepsze od dróg publicznych. Marsz po  nich niszczy stawy skokowe piechurów, ale możliwość ich wykorzystania pewnie cieszy rowerzystów. W końcu, radością napawa, że niektóre z opuszczonych greko-katolickich cerkwi oraz cmentarzy czy pojedyńczych krzyży zostały objęte ochroną konserwatorską, a nawet odnowione. No i chyba region ten zdobył, może nie w powszechnym, lecz w każdym razie szerszym niż dotychczas odbiorze, status obszaru turystycznego.