piątek, 31 lipca 2020

Wyspa Najświętszej Marii Panny


Ciekawe ilu mieszkańców zachodniopomorskiego Wałcza portafiłoby, bez pomocy Google maps, zlokalizować na mapie Kwidzyn. Na pewne jeszcze mniejsza liczba mieszkańców tego grodu potrafiłaby odpowiedzieć na pytanie co łączy obydwa miasta. Zważywszy na położenie w różnych częściach Polski odpowiedź, rzeczywiście, może nie być prosta. Jeśli jednak pójść za tropem niegdysiejszej przynależności państwowej znajdziemy się na ścieżce wiodącej ku satysfakcjonującej odpowiedzi. I Wałcz i Kwidzyn należały od 1772 roku do jednego państwa: Królestwa Prus, Cesarstwa Niemieckiego i w końcu III Rzeszy. Co więcej należały też przez ponad 100 lat do jednej jednostki administracyjnej - rejencji (odpowiednik obecnego województwa), a stolicą tejże było miasto Kwidzyn. Załatwienie spraw formalnych w stolicy rejencji, zważywszy na ponad 200 km dystans dzielący te miasta, musiało być dla ówczesnych wałczan prawdziwym wyzwaniem. Na mniej lub bardziej dogodne połączenie kolejowe mogli liczyć dopiero od lat 80-tych XIX wieku.

W Niemczech lokowanie funkcji administracyjnych, naukowych i kulturowych w mniejszych miastach ma długą tradycję. Kraj pozostając przez wieki podzielony na udzielne księstwa i wolne miasta ustanawiał w ich stolicach urzedy nowoczesnego państwa mimo, że inne ośrodki miejskie w epoce industrializacji, pary i elektryczności osiągały znacznie większe rozmiary. Nawet we współczesnej RFN na 13 landów, które nie sa miastami, w 5 stolice nie są ulokowane w największych miastach. Tak więc  Kwidzyn od roku 1815 był stolicą rejencji. Daleki Wałcz był porównywalnej wielkości, ale znacząco większe Toruń i Grudziądz też musiały się pogodzić ze swoją podległością wobec miasta nad Liwą. Jeszcze większą role odgrywał Kwidzyn w niemieckim systemie wymiaru sprawiedliwości. Funkcjonował tam mianowicie Wyższy Sąd Krajowy (Oberlandesgericht), czyli odpowiednik dzisiejszych sądów apelacyjnych. Nawet składający apelację od wyroku sądu krajowego w Gdańsku musieli pofatygować się przed oblicze kwidzyńskiej Temidy. Po zmianach granic w wyniku I Wojny Światowej tak Wałcz jak i Gdańsk uniezależniły się od Kwidzyna, ale z podległością musiało się pogodzić kolejne większe miasto, a mianowicie Elbląg. 





Taki stan rzeczy skutkował nadreprezentacją w mieście urzędników i osób z wyższym wykształceniem. Zasilali oni znacząca liczbę instytucji funkcjonujących w budynkach o budzącej respekt oficjalnej architekturze. Jako, że klasa ta miała swoje specyficzne potrzeby w mieście funkcjonował teatr i liczne szkoły kształcące kolejne pokolenia urzędników. Prusy były państwem urzędniczo-wojskowym więc jednymi z najbardziej wyrazistych budynków w mieście były koszary stacjonujących tu jednostek wojskowych. Interesanci urzędów, przybywający do Kwidzyna z odleglych miejscowości musieli się gdzie posilić i odpocząć. Stąd w mieście było wiele restauracji, kawiarni i hoteli. Kiedy w 1982 roku, czyli 37 lat po utracie jego dawnej pozycji, po raz pierwszy odwiedziłem to miasto już w kilka godzin po opuszczeniu pociągu odniosłem wrażenie swoistego przeskalowania. Choć liczba mieszkańców znacząco przekroczyła już przedwojenną to ulice i stojące przy nich budynki ciągle zdawały się być zbyt duże jak na ich potrzeby.

Zanim stał się ważnym ośrodkiem administracji państwowej Kwidzyn był, od roku 1243, centrum utworzonej przez Krzyżaków diecezji pomezańskiej. Stąd jego najważniejszym zabytkiem jest gotycka katedra. Sama w sobie pokaźnych rozmiarów (długa na 86 metrów, z wieżą wysokości 59 metrów) złączona z równie okazałym zamkiem kapituły pomezańskiej przytlacza rozmiarami swoje sąsiedztwo. Jako, że wznosi się na krawędzi doliny Wisły, w głąb której wysuwa długi na 55 metrów zadaszony korytarz wiodący do wieży latrynnej (gdaniska), szczególnie imponująco wygląda od strony zachodniej. Do czasu zbudowania, przed 40 laty, kompleksu zakładów celulozowo-papierniczych nie miała konkurencji jako widoczna z daleka dominanta krajobrazowa. Do północnej ściany katedry dobudowana jest kaplica grobowa starosty kwidzyńskiego i prabuckiego Ottona Friedricha von der Groben. Witalność pruskiego arystokraty przejawiała sie nie tylko w liczbie trzech żon, osiemnaściorga dzieci i nieokreślonej ilości kochanek, ale też w nieodpartej żądzy przygód. W służbie Hiszpanii i Wenecji walczył z Turkami, pod flagą Wielkiego Elektora Fryderyka Wilhelma zakładał brandenburskie kolonie na wybrzeżu Zatoki Gwinejskiej, pod koniec życia w służbie króla Polski Auguta II Mocnego dosłużył się rangi generała-pułkownika. Jurność von Grobena znalazła odbicie w zewnętrznym wystroju rzeźbiarskim kaplicy. Na krawędzi dachu oddano go w godnej Dekamerona pozycji miłosnej podczas gdy po bokach dwie żeńskie postacie (żony?) wznoszą modły za jego grzeszną duszę. Z drugiej, północnej strony katedry, nad przedsionkiem można zobaczyć czternastowieczną mozaikę z wizerunkiem męczeństwa św. Jana oraz adorującego go biskupa wykonaną przez artystów ze szkoły weneckiej, przypuszczalnie tych samych, którzy pracowali nad olbrzymią figurą Najświętszej Marii Panny na wschodniej fasadzie zamku malborskiego.




ahoj przygodo


We wnętrzu katedry prócz ciekawych  nagrobków, ołtarzy czy jaskrawo kolorowych osiemnastowiecznych konfesjonałów najciekawsze są pochodzące z końca XIV wieku malowidła ścienne. Biegną one, trzymetrowej wysokości pasem, przez całą długość obydwu naw bocznych kościoła. Stanowią wizualizację Złotej Legeny Jakuba de Voragine oraz wizji świętej Brygidy Szwedzkiej. Osobiście najbardziej mnie ucieszyło, że mój patron św. Krzysztof znalazł się na dwóch scenach, ale pewnie więcej zaciekawienia wywołuje wizerunek brodatej kobiety - św. Wilgefortis, zwanej na tych terenach Kummernis. Malowidła zostały zamalowane wraz z nastaniem refomacji, a rekonstrukcja w latach 60-tych XIX wieku pozbawiła je nieco  dawnej wyrazistości, ale wizerunek odzianego w długie szaty brodacza na krzyżu dekonspirują zrzucony z jednej stopy bucik oraz figura skrzypka u podnóża krzyża, bedące atrybutami własnie tej świętej. Drzwi do kaplicy von Grobena obite są blachą, na której w połowie XIX wieku wytłoczono sceny zwycięskich bitew przeciw Turkom oraz hołdu oddanego podróżnikowi przez tubylczą ludność wybrzeża Zatoki Gwinejskiej. Całość uzupełnia już niebudząca kontrowersji inskrypcja "Disce  vivere ut scias mori" czyli "Ucz się żyć, abyś rozumiał umierania". Niestety poza te drzwi nie udało nam się zajrzeć, przez co wspaniały barokowy nagrobek starosty i generała-pułkownika znamy tylko z opisów i fotografii. Za to, odpłatnie i z przewodnikiem obejrzeliśmy część zaołtarzową katedry, gdzie znajduje się cela, w której skończyłą swój świętobliwy żywot błogosławiona Dorota z Mątowów oraz krypta Wilekich Mistrzów Zakonu Najświętszej Marii Panny. Poszukując doczesnych szczątków błogosławionej w podziemiach katedry natrafiono na szkielety trzech mężczyzn pochowanych w bogatych szatach. Spoczywających tu krzyżackich Wielkich  Mistrzów łaczy pewna niedoskonałość ich losów. Werner von Orseln został zasztyletowany w 1330 roku przez niezadowolonego z jego decyzji współbrata, Ludolf Koenig von Wattzau został odsunięty od władzy w rezultacie choroby psychicznej, a Henryk von Plauen, choć obronił Malbork przed wojskami Jagiełly w 1410 roku, uchodził za osobnika wyawansowanego przypadkiem z niskiego stanowiska komtura w Świeciu i w dodatku osobę trudnego charakteru. Przez szklaną taflę odwiedzający mogą obejrzeć brodate manekiny w kolorowych szatach. Wszystko to nieco kontrowersyjne wizulanie, ale ubarwione ciekawą narracją przewodnika na pewno podoba się licznym krajowym i zagranicznym turystom. 











Z katedrą sąsiaduje kwidzyński rynek choć przez długie 65 lat po wojnie trudno się było domyślić tego faktu. To znaczy, przez pierwsze 2,5 miesiąca od zajęcia miasta przez Armię Czerwoną był  to prawdziwy rynek i serce miasta z ratuszem z czerwonej cegły, którego wieża starałą sie konkurować wysokością z wieżami katedry i zamku. Pierwsi polscy osadnicy zapamietali następujący obraz dzielnicy staromiejskiej: "Miasto było zadbane, wszędzie kaskady wiosennej zieleni. Pamiętam, że naprzeciwko katedry była piękna apteka. Na ulicy Braterstwa Narodów, do samej katedry stały domy, pięknie oszklone sklepy. W części z nich znajdowały się takie grube, wypukłe szyby. I zaraz potem wszystko to zostało spalone". W dziesiątą rocznicę zdobycia miasta przez Armię Czerwoną przewodniczący Mieskiej Rady Narodowej opisał okres tuż powojenny w następujący sposób: "Najpierw Kwidzyn stał  się szpitalem, bo był pięknym miastem i pustym, ale złośliwość nielicznej grupy pozostałych  Niemców i bezmyślność maruderów wojennych powoduje, że cała śródmiejska, bogata dzielnica handlowa wraz z zabytkowym ratuszem staje się łupem płomieni". Ci maruderzy to rekonwalescenci wielkiego frontowego szpitala w jaki Armia Czerwona zamieniła miasto. Złośliwi Niemcy to garstka staruszków i kobiet z dziećmu zbyt małymi by ryzykować zimową ucieczkę przed frontem. Grupa druga stanowiła raczej ofiarę grupy pierwszej i na pewno nie bawiły się one razem zapałkami. Wojskowe władze sowieckie nie pomagały w gaszeniu ognia, ale broniły przed nimi okolice zajmowanych przez siebie obiektów. W ten sposób większość gmachów publicznych, zajętych na szpitale, ocałała z pożogi.

W każdym razie ruiny zostały rozebrane, cegła z odzysku zostałą wysłana do odbudowującej się Warszawy, a gruz nie nadający się do odzysku jeszcze 10 lat po wojnie zawalał chodniki, place i ulice. Kaprysowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który w podstawie ratuszowej wieży dopatrzył się reliktów starszej budowli, zawdzięczał Kwidzyn, że prócz jednej zachowanej kamienicy pustkę po południowej stronie katedry przez długie lata urozmaicał jeno dwukondygnacyjny ceglany obelisk. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku po poludniowej i wschodniej stronie rynku powstało osiedle mieszkaniowe Stare Miasto. Stanowiło ono architektoniczne zaprzeczenie koncepcji tradycyjnego, a zwłaszcza średniowiecznego, miasta. Podobne osiedla wyrastały w wielu małych i średnich miastach tzw. Ziem Odzyskanych np. w Malborku. Szczęśliwie zaprojektowano je jeszcze za pierwszego sekretarza PZPR Gomułki, bo za jego następcy Gierka miasto mogło liczyć już tylko na większe, pięciokondygnacyjne bloki z prefabrykatów. Dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku Towarzystwo Budownictwa Społecznego zabudowało dwie pozotałe pierzeje rynku kamienicami naśladującymi zewnętrznie te sprzed ponad 70 lat. Kwidzyn ma więc znowu rynek, niestety jego miastotwórcze funkcje zostały zapomniane, a centrum z miejskimi usługami i pokusami przeniosło się na dalsze ulice. Z czasem pewno pojawią się pomysły jak przywrócić życie temu miejscu, ale póki co jest tu raczej sennie, nawet w środku dnia.







Kwidzyn kultywuje pamięć plebiscytu z 1920 roku oraz działalności mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich. Tymczasem ostoją polskości był raczej sąsiedni powiat sztumski gdzie na listę polską padło bez mała 20% głosów - najwięcej na całym obszarze plebiscytowym. Natomiast Kwidzyn jako stolica regionu był siedzibą licznych organizacji polskich oraz centrum agitacji propolskiej chociaż ludność polska stanowiła tylko nieco ponad 2% przedwojennej liczby mieszkańców. Tu  urzędowała też komisja międzysojusznicza ds. rządu i administracji pod przewodnictwem Włocha - gen. Pavio. Po ewakuacji wojsk niemieckich do Kwidzyna przybył batalion wojsk włoskich. Obecność zagranicznych komisarzy oraz wojska nie spełniła oczekiwań Polaków oraz nie uzasadniła obaw Niemców. W okresie kampanii przedplebiscytowej odwiedziło miasto pewnie więcej cudzoziemców, w tym Polaków, niż przez całe poprzednie stulecie. Nie zmieniło to faktu, że w powiecie kwidzyńskim za przynależnością do Niemiec opowiedziało sie ponad 92% głosujących. W okresie plebiscytowym w mieście powstał, a następnie aż do 1939 roku kontynuował działalność konsulat Polski. Jednak siedziba władz okręgu Związku Polaków w Niemczech znajdowała się, ze względów demograficznych, w Sztumie. Kwidzyn natomiast posiadał jedno z dwóch w Niemczech polskich gimanzjow. Chociaż działało ono tylko przez dwa lata szkolne zostawiło po sobie wspomnienie swoistych polskich Aten. Nawiasem mówiąc jego lokalizacja we wschodniej części miasta "za torami" w momencie jej przyznania uważana była za szykanę, ale wkrótce okazalo się, że ta dzielnica rozwijała się najszybciej aż do wybuchu wojny. Budynek szkoły zachował się, nadal pełni swa pierwotną funkcje i wyróżnia się elegancką, modernistyczna architekturą. Symbolem Zwiążku Polaków w Niemczech był znak graficzny zwany Rodłem. W dzisiejszym Kwidzynie nazwę tą nosi jedno z rond, spółdzielnia usługowo-produkcyjna, a także klub piłkarski. 



A gdzie znajduje się tytułowa Wyspa Najświętszej Marii Panny? Nigdzie, a jednocześnie wszędzie. Krzyżacki założyciel miasta Herman von Balk nazwał je w 1233 roku Insula Sancte Mariae, co na niemiecki zostało przełożone jako Marienwerder. Werder we współczesnej niemczyźnie to wyspa rzeczna powstała z naniesionych prądem piasków. Żuławy Wiślane w czasach niemieckich nosiły zbiorczą nazwę Werder. Rzekomo  pierwotna lokacja miała miejsce na oddalonej 5 km na północ od współczesnego Kwidzyna Żuławie Kwidzyńskiej, a na obecne miejsce miasto przeniosło się później. Tyle, że śladów materialnych po tej osadzie nie znaleziono. Wszystkie zlokalizowane przedkrzyżackie grodziska budowano na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły. Kto zresztą chciałby budować na terenie zalewowym tworzyłby prawdziwe "zamki na piasku". Natomiast gród ulokowany na wysokim brzegu, pociętym dodatkowo zbiegającymi w dolinę strumieniami, był naturalnie zabezpieczony przed atakami wroga, a mieszkańcy mogli w nim czuć się bezpiecznie, niczym na wyspie. Może zresztą w nazwie chodziło nie tyle o wyspowe ukształtowanie terenu, lecz o fakt pozostawania symboliczną wyspą chrześcijańską na morzu pruskiego pogaństwa? Polska nazwa wywodzona jest od nazwy pruskiego grodu Quedino, którego lokalizacja też nie jest jasna: czasem szuka się go w okolicy obecnej ulicy Starozamkowej, gdzie wznosiła się najstarsza siedziba biskupa pomezańskiego, a czasem jednak na wiślanej wyspie przy założeniu, że rzeka niegdyś płynęła bliżej miasta niż obecnie. Nawiasem mówiąc, współczesny Kwidzyn ulokowany jest na swoistym półwyspie, w wielkim kolanie rzeki Liwy. Płynie ona ku południowi stanowiąc wschodnią granicę miasta po czym skręca ku północy tocząc swe wody równolegle do Wisły i na tym odcinku jej bieg wyznacza zachodnią granicę Kwidzyna. Oparcie, na tak długim odcinku, granic miasta o barierę naturalną jaką jest rzeka jest w Polsce absolutną rzadkością.



Ciekawe, że miasto o tak bogatej historii, wybitnych zabytkach i, w porównaniu z innymi miastami wschodniopruskimi, umiarkowanie zniszczone w rezultacie II Wojny Światowej nie jest w jakiś szczególny sposób rozpoznawalne turystycznie. Przyczyną nie może być brak infrastruktury turystycznej: znaleźliśmy przyjemne miejsca zarówno na kawę i lody jak i elegancki obiad, a przy punkcie sprzedaży biletów do  katedry jest przyzwoicie wyposażona księgarnia turystyczna i sklep z pamiatkami. Miasto jest też znakomitym punktem wypadowym w okolicę bogatą w atrakcje. Nam udało sie odwiedzić Prabuty, które chociaż mają na rynku fontannę Rolanda zdobiącą niegdyś otoczenie jednej z krajoznawczych ikon Berlina - kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma i cieszą sie pięknym położeniem nad jeziorem, to jednak z punktu widzenia turysty są miastem martwym, gdyż ich najcenniejsze zabytki konkatedra i kaplica polska są zamknięte na klucz. Ciekawa była też wycieczka do pozostałości mostu kolejowego wiodącego przez Wisłę do Opalenia czy portu rzecznego w Korzeniewie z XIX wiecznym wodometerem zamienionym na kaplicę. Największe wrażenie zrobił na nas jednak XVI wieczny dwór obronny mieszczący obecnie pensjonat i restaurację w Podzamczu. Obiekt jest obronny nie tylko ze wzgledu na architekturę, ale i położenie na samej krawędzi doliny Wisły. W pokojowych czasach oznacza to piękne widoki na nizinę między Liwą a Wisłą, wzgórza z drugiej strony rzeki oraz położony nad nią gniewski zamek. Moje osobiste wytłumaczenie niskiej rozpoznawalności Kwidzyna jest takie, że turystyka nie jest najważniejszym źródłem dochodów miasta. Wielkie zakłady celulozowo-papiernicze oraz kilka innych prężnych przedsiębiorstw dostarczają mieszkańcom pracy, a miastu podatków. Władze lokalne nie muszą się więc nadmiernie koncentrować na promocji i rozwoju sektora turystycznego. A mieszkańcy, może po prostu, patrząc na najazd turystów na sąsiedni Malbork życzą sobie więcej spokoju. 














Czyli Wyspa Naświętszej Marii Panny i w tym obszarze wykazuje swą wyspową naturę.




sobota, 6 czerwca 2020

Czy w Holandii są zamki?


"Holandia jest to kraj cwany, 
Van Houten i tulipany, 
Ale gdzie pogrzebano psa? 
Jest to żarówka Philippsa!"

Melchior Wańkowicz utraciwszy w połowie lat 20-tych XX wieku posadę ministerialną postanowił zarabiać piórem, a powyższy czterowiersz sprzedany jako slogan reklamowy właścicielowi warszawskiego sklepu oferującego lampy i żarówki stał się początkiem jego błyskotliwej kariery literackiej. Van Houten to nazwa firmy, która w XIX wieku zrewolucjonizowała technologię obróbki ziaren kakaowca i wprowadziła na rynek czekoladę w znanej nam postaci. Gdyby o skojarzenia z Holandią zapytać cudzoziemców odwiedzających ten kraj, producent słodyczy ustąpiłby pewnie miejsca wiatrakom. Kolejne skojarzenie to woda, kanały i urządzenia hydrotechniczne. A co ze skojarzeniami architektonicznymi? No tak, kamienice mieszczańskie, których kolorowe fasady odbijają się w lustrze wody i urocze wiejskie domki w otoczeniu bujnej zieleni. Gdy wyszukiwarce Google polecimy odnalezienie obrazów związanych z Niderlandami, zostaniemy zasypani takimi właśnie widokami. Trzeba się sporo naklikać, aby trafić na obiekty z dwóch innych kategorii, które zwyczajowo stanowią atrakcje turystyczne w większości pozostałych krajów europejskich, a mianowicie kościoły i zamki. Miasta niderlandzkie, choć obfitują w imponujące średniowieczne i nowożytne świątynie, obecnie nie uważają ich za swoje najcenniejsze atrakcje. Holandia nie posiada obiektu sakralnego o symbolicznym znaczeniu katedry kolońskiej, paryskiej Notre Dame, czy angielskiego Canterbury. Z zamkami sytuacja jest jeszcze gorsza! Po pierwsze, w kraju płaskim jak stół i z wysokim poziomem wód gruntowych brakowało miejsca na stawianie tradycyjnie rozumianych obiektów obronnych, jakimi są zamki. Po wtóre, zamki jako symbole władzy feudalnej, w państwie opartym na rozwoju handlu, silnych miastach i klasie mieszczańskiej oraz wolnych włościanach, nie były chyba najchętniej widziane. Mamy więc w Holandii obiekty noszące cechy architektury zamkowej, jak Parlament w Hadze, Rijksmuseum w Amsterdamie, czy nawet niektóre dworce kolejowe, ale służą one innym celom. Nie dajmy jednak wiary pogłoskom, że zamków w Holandii nie ma! W trakcie moich w tym krajów natknąłem się na bardzo interesujące przykłady architektury obronno-rezydencyjnej.


Dwa symbole Niderlandów
Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Utrechtu zamek de Haar jest największym  obiektem tego typu w Holandii. Jest też jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów w kraju. Jak na tak gęsto zaludnione terytorium, powierzchnią 55 ha imponuje też otaczający zamek park. Skoro natura poskąpiła stromizny stoków, jako elementu obronnego, otoczenie zamku, jak na Niderlandy przystało, pocięto systemem kanałów i zbiorników wodnych. Mury zamkowe schodzą wprost do wody, co jako posiadaczowi zagrożonych wilgocią piwnic, wzbudzało we mnie pewien niepokój o ich stan. Zamek od XV wieku stanowi własność rodziny van Zuylen, chociaż niejednokrotnie przechodził z rąk przedstawicieli jednych jego gałęzi, do dalszych krewnych. Historia milczy o heroicznych szturmach, czy obronie jego murów, choć prawdopodobnie budowla ucierpiała podczas walk mieszczan utrechckich ze swoim biskupem w II połowie XV wieku, czy po zajęciu jej przez Francuzów w 1687 roku. Jak to często bywa, nie niszczycielska działalność człowieka, lecz brak interwencji rąk ludzkich doprowadził w końcu szacowny budynek do ruiny. W takim też stanie odziedziczył go kolejny właściciel - baron Etienne van Zuylen van Nijevelt – fascynat średniowiecznej architektury oraz historii swego rodu. Jako, że jego małżonką była baronessa Helene de Rothschild z francuskiej gałęzi bankierskiego klanu, począwszy od 1892 roku mógł zacząć wcielanie w życie marzenia o rekonstrukcji rodzinnego gniazda. Do tego zadania zatrudniono architekta Pierre’a Cuypersa znanego z licznych realizacji w stylistyce historyzującej. Prace trwały 20 lat, ale ich rezultat, mimo upływu lat, wciąż robi ogromne wrażenie.

Odnoszące się do pary inwestorskiej przekazy, jakoby ich związek został uznany w obydwu rodzinach za mezalians, a nawet, że Helena została wydziedziczona, kłócą się z wiedzą na temat zakresu prac, które zostały wykonane oraz bogactwa wyposażenia zamku, jakże często noszącego adnotację: „Pochodzi z kolekcji rodziny Rotschildów”. Prace wokół zamku nie sprowadzały się do prostej odbudowy, a stanowiły jego rozbudowę polegającą na wzbogaceniu go o nowe elementy i nadaniu nowej roli pozostałościom dawnej budowli. Zamek miał służyć mieszkańcom - beneficjentom epoki bezprecedensowego rozwoju cywilizacyjnego. Zapewniono w nim więc dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych w końcu XIX wieku takich, jak elektryczność i centralne ogrzewanie. Zamkowa kuchnia została wyposażona przez paryską firmę specjalizującą się projektowaniu i zaopatrzeniu kuchni luksusowych hoteli. Wszystkie te sprzęty zostały zachowane - w pseudośredniowiecznym sztafażu zamek oferuje też zwiedzającym swoisty przegląd luksusowej techniki użytkowej sprzed 120 lat. Pozostałe pomieszczenia zamku zadziwiają pomieszaniem unikalnych obiektów z różnych epok, a nawet z różnych stron świata. Jednym z najcenniejszych eksponatów jest japońska lektyka (jedna z dwóch tego typu zachowanych na świecie), w innej sali podziwiać można rzeźbę gotyckiej Madonny, a ściany sali balowej pokryte są XVI wiecznymi gobelinami. Park otaczający kompleks zamkowy podzielony jest na kilka części: rzymską, rozarium, park angielski i francuski. W trakcie rekonstrukcji otoczenie zamku wyglądało jednak inaczej. Pod same mury podchodziły zabudowania wsi Haarzuilens. Została ona więc przeniesiona 1,5 km na zachód, a jej zabudowania za wyjątkiem kościółka zniesione. W jej miejsce nasadzono 7 tysięcy drzew w wieku nawet 40 lat. Baronostwo nie mogli bowiem tak długo czekać, żeby cieszyć oczy w pełni wyrośniętym drzewostanem.

Zamek w takim stanie odziedziczył baron Etienne van Zuylen

Zamek de Haar - widok od strony parku

Aleja parkowa w de Haar

De Haar - bajkowa odmiana architektury średniowiecza

Jeden z kanałów parkowych w de Haar

Domy Haarzuilens podchodziły niegdyś pod same mury zamku
Sąsiadem Utrechtu od wschodu jest miasto Zeist. Położone w otoczeniu lasów i  kanałów, od XIX wieku stało się ulubionym miejscem odpoczynku, a z czasem i zamieszkania, bogatych mieszkańców Utrechtu. Dzisiaj cieszy oko wieloma wystawnymi rezydencjami - jak to w Holandii - nie tylko bogatymi, ale i udanymi architektonicznie. Miejscowość emanuje uporządkowanym dostatkiem. W Zeist ma swoją siedzibę Królewski Niderlandzki Związek Piłki Nożnej. Na kartach historii, w dziale międzynarodowe prawo karne, miasto zapisało się przez fakt przeprowadzenia w pobliskiej bazie lotniczej procesu terrorystów odpowiedzialnych za zamach na samolot linii PANAM nad szkockim Lockerby. Na mapie miasta wyróżnia się założenie pałacowo-parkowe stanowiące zarówno punkt odniesienia, jak i element porządkujący plan całej jego południowo-zachodniej części. To tam, na miejscu po średniowiecznym zamku, książę Willem Adrian I van Nassau-Odijk zlecił budowę pałacu wzorowanego na Wersalu. Książę był solidnie skoligaconym dyplomatą, awanturnikiem i oszustem, który prawem kaduka przywłaszczył sobie uprawnienie do używania drugiej części nazwiska, gdyż majątek Odijk nigdy do niego nie należał. Wychował się w Paryżu i choć był zmuszony opuścić miasto z powodu długów karcianych, wywiózł stamtąd najlepsze wzory architektoniczne. Pałac był gotowy w 1687 roku. Jest, oczywiście, tylko miniaturą swojego pierwowzoru. Ściany ma licowane czerwoną cegłą, a zdobienia używane dosyć oszczędnie, przez co bywa klasyfikowany jako wczesny przykład niderlandzkiego klasycyzmu. Jak na okolicę przystało, otoczony jest fosą, a teren pałacowego parku pocięty został licznymi kanałami. Majątek należał do rodziny van Nassau tylko nieco ponad 60 lat, potem często zmieniał właścicieli. W latach 40-tych XVIII wieku zaproszono do osiedlenia się w Zeist braci morawskich – reprezentujących nurt luteranizmu kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Biblii, krzewienie idei religii żywej, edukację warstw najuboższych i działalność misyjną. Na przedpolu pałacu wzniesionego przez księcia Willema Adriana bracia stworzyli większy od niego kompleks zabudowań ze zborem i szkołą. Rozłożony po obu stronach alei dojazdowej prostokąt zabudowy, nawiązujący stylem do pałacu, stanowi oprawę swoistego dziedzińca wstępnego do małego Wersalu księcia Willema Adriana.

Zeist - jedna z wielu rezydencji
Pałac w Zest - fasada frontowa
Pałac w Zeist - fasada parkowa

Zeist - kompleks zabudowań braci morawskich
Zeist - zabudowa centrum
Poznawszy już rezydencję arystokratyczną (Zeist) i arystokratyczno-burżuazyjną (de Haar) warto zainteresować się realizacją marzeń o siedzibie na odludziu, w otoczeniu przyrody i kolekcji sztuki współczesnej. Na takie mogli sobie pozwolić ludzie naprawdę majętni, do których w początkach XX wieku należeli Anton Kröller i jego żona Helene Kröller-Müller. Ich małżeństwo, niczym dawne księstwa, połączyło w 1888 roku prosperujące przedsiębiorstwa z Holandii i Niemiec, tworząc jedną z pierwszych ponadnarodowych firm w Europie. Dorobiwszy się na handlu i transporcie rud kopalnych, skupili oni ok. 6500 ha terenów na północ od Arnhem. W 1915 roku zlecili zaprojektowanie i budowę w tym miejscu swej siedziby wybitnemu architektowi Hendrikowi Petrusowi Berlage. Ten, początkowo projektował w duchu historyzmu, ale po wizycie w USA, gdzie poznał twórczość Franka Lloyda Wrighta, przerzucił się na racjonalny modernizm. W takim właśnie duchu zaprojektował Dom Myśliwski Świętego Huberta – Myśliwski, gdyż ogrodzony teren zalesiano i sprowadzano doń różne gatunki jeleniowatych oraz muflony. Były to czasy, gdy z lasu można było pozyskiwać drewno lub zwierzynę. Ten pierwszy sposób uznawano za chciwość, a drugi za zainteresowanie naturą, o ile łowiectwo  było prowadzone z umiarkowanym natężeniem. Tak, więc architekt Berlage zaprojektował rozległe założenie, rozciągnięte wzdłuż sztucznego jeziora, którego rzut przypomina niektórym głowę jelenia z imponującym porożem. Projekt obejmował dom z wyposażaniem i całe otoczenie. Tematem wiodącym był żywot świętego Huberta z Liege. Witraże w holu odzwierciedlają historię jego życia, a poszczególne pomieszczenia budynku mają różne motywy kolorystyczne, które symbolizują jego etapy. Cóż ta, ukończona w roku 1920, siedziba ma wspólnego z zamkiem? Otóż w przeciwieństwie do angielskich pierwowzorów nowożytnych domków myśliwskich, wieńczy ją wysoka na 31 metrów wieża, zdobna, niczym głowa spotkanego przez św. Huberta jelenia, solidnym krzyżem. Malowniczo odbija się ona w lustrze jeziora. A, że cały budynek licowany jest czerwoną cegłą, wrażenie zamkowości jest uderzające.

Dom Myśliwski Świętego Huberta

Jachthuis Sint-Hubertus - Wikipedia
Dom Myśliwski Świętego Huberta - widok od strony jeziora
Jachthuis Sint Hubertus moest ”een uiting van vredige stilte” zijn ...
Dom myśliwski - wnętrze
Ramen in Jachthuis St. Hubertus - Windows | other photo of b… | Flickr
Dom myśliwski - witraże 
Równie ciekawy, jak architektura opisanych obiektów, jest ich program funkcjonalny. Zamek De Haar wraz z parkiem został przekazany przez rodzinę van Zuylen van Nijevelt Fundacji Kasteel de Haar, natomiast pozostała część posiadłości należy do Stowarzyszenia Natuurmonumenten, zajmującego się ochroną przyrody. Arystokratyczni właściciele zastrzegli sobie prawo wyłączności do użytkowania zamku we wrześniu każdego roku. Szczególnie za czasów barona Thierry’ego van Zuylen (1932-2011) zjazdy rodzinne były uświetniane obecnością gości specjalnych, zwłaszcza ze sfer artystycznych. W tym charakterze de Haar odwiedzili m. in. Coco Chanel, Maria Callas, Gregory Peck, Roger Moore, Yves Saint Laurent, Joan Collins i Brigitte Bardot. Obecnie pięć córek i wnuczek barona Thierry'ego stara się nadal kontynuować tę tradycję. Oprócz głównego zamku, w skład kompleksu wchodzi też zamek bramny, czyli Châtelet. Choć nie odróżnia się stylem od głównego korpusu, pomyślany był jako budynek zaplecza technicznego oraz mieszkania dla służby. Jeszcze jednak za życia fundatorów powstały tam pokoje gościnne, do których z czasem przenieśli się gospodarze i ich dzieci. Począwszy od lat 50-tych XX wieku pokoje te wykorzystywane są w czasie pozawrześniowych wizyt członków rodziny van Zuylen. Można ich tam spotkać regularnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze sprzedaży biletów do zamku i parku oraz komercyjnego udostępniania obiektu. Odbywają się tam targi, wystawy i konferencje. I oczywiście wesela. Do wynajęcia jest też kościół, w którym dysponujący sumą około 2000 Euro mogą zorganizować ceremonię ślubną.

De Haar - brama wejściowa
De Haar - strażnik wejścia do zamku

Kościół - jedyna pozostałość starego Haarzuilen
Lektyka żony szoguna 

Łazienka w zamku de Haar
Kuchnia w zamku de Haar
Pałac w Zeist od prawie 100 lat jest własnością miasta i pełni rolę odpowiednika naszego centrum kultury. Tyle, że nie w znaczeniu instytucjonalnym, a czysto użytkowym. Usługi takie, jak wystawy, przedstawienia teatralne, organizacja koncertów, czy imprez weselnych, a nawet oprowadzanie po wnętrzach obiektu, świadczone są przez organizacje partnerskie. Okoliczny park, prócz dostarczania pożywienia i miejsc lęgowych ptactwu wodnemu i lądowemu, służy też za galerię rzeźby specjalizująca się w sztuce nowoczesnej. Bracia morawscy natomiast wynajmują swoją część zabudowań na potrzeby komercyjne.

Trouwzaal Slot Zeist - Picture of Slot Zeist - Tripadvisor
Sala w palacu w Zeist w aranżacji konferencyjnej
Slot Zeist, Zeist | Historia Events
Sala w palacu w Zeist przygotowana na bankiet
EBG Zeist - klassiekemuziek.nl
Zbór braci morawskich w Zeist

Posiadłość Kröller-Müllerów ma najbardziej różnorodne funkcje. Lasy i wrzosowiska zostały objęte ochroną, jako największy w Holandii park narodowy Hoge Veluwe. W 1935 roku Helena Kröller-Möller podarowała swoją unikalną kolekcję malarstwa państwu, w pakiecie z projektem muzeum przygotowanym kilkanaście lat wcześniej przez słynnego Henrego van de Velde. Budynek powstał już w trzy lata później, a ofiarodawczyni została jego pierwszą dyrektorką. Drugą na świecie, pod względem ilościowym, kolekcję obrazów Van Gogha w towarzystwie znakomitych dzieł Pabla Picassa, Odilona Redona, Georges-Pierra Seurata, Augusta Rodina i Pieta Mondriana można więc dzisiaj odwiedzić w sercu obszaru chronionej przyrody. Muzeum z czasem rozbudowało się o nowoczesne pawilony oraz galerię rzeźby. Park Narodowy także wzbogacał okolicę w lekkie, współczesne konstrukcje na potrzeby administracji i obsługi ruchu turystycznego, czego zwieńczeniem było oddane do użytku w 1993 roku Museonder, czyli muzeum przyrodniczo-geologicznego szczycącego się mianem  pierwszego na świecie muzeum w pełni skrytego pod powierzchnią gruntu. Na terenie parku mamy więc obszerny przegląd architektury XX wieku. Sam dom myśliwski po  przejęciu przez państwo służył przez kilkadziesiąt lat, jako rządowa rezydencja. Obecnie jednak jego główną rolą jest przybliżanie postaci Kröller-Müllerów oraz twórczości Hendrika Berlaga. Jako, że jesteśmy w Niderlandach, podstawowym środkiem transportu w parku są bezpłatnie użyczane rowery.
The Rietveld pavilion at the Kröller-Müller Museum, designed by ...
Nowy pawilon Kröller-Müller Museum
Wejście do Kröller-Müller Museum 
Pawilon parkowy w Parku Narodowym Hoge Veluwe

Entree van het bezoekerscentrum en het Museonder
Wejście do Museonder, fot. Henk Monster na licencji Creative Commons
Holandia uchodzi za kraj nudny, monotonny nie tylko krajobrazowo, ale i obyczajowo. Trudno mi zgodzić się z taką oceną. Widzę w niej raczej olbrzymią różnorodność upakowaną na niezbyt wielkim obszarze. Mam też wobec tego kraju dług wdzięczności, jako, że wizyta tam przed 27 laty nauczyła mnie segregować śmieci i pić kawę, a nawet, do pewnego stopnia, odróżniać jej rodzaje. Zwiedzając niderlandzkie zamki i pałace nauczyłem się natomiast nie tylko podziwiać rozmach ich architektury i bogactwo wyposażenia, ale też pomysłowość ich wykorzystania z nadaniem współczesnych funkcji częstokroć odbiegających od najbardziej szalonych pomysłów ich fundatorów. 

No, ale cóż: "Holandia jest to kraj cwany, (…)”