sobota, 11 kwietnia 2020

Niespodziewana stolica Jury

Na poziomie oczu ta kamieniczka nie wyróżniała się od swych sąsiadek. Podobnie odłażąca z fasady farba, okna w przyziemiu prezentujące ofertę sklepową na folii samoprzylepnej w sposób uniemożliwiający zaglądnięcie do środka i dostrzeżenie jakie towary rzeczywiście są wyłożone na półkach. Jeśli jednak rozglądnąć się naokoło jest to jeden z najwyższych i, jednocześnie, najwęższych budynków w okolicy. Takie proporcje zdradzają wiekowe pochodzenie. Prawdziwe cudeńka czekają jednak gdy podniesiemy wzrok ku wyższym piętrom kamieniczki. Środkowy trakt na wysokości drugiej i trzeciej kondygnacji zdobią okna francuskie z fantazyjnie powyginaną, metalową, półokrągłą balustradą. Pod gzymsem nad drugim rzędem okien w dwóch niszach wdzięczą się pulchne putta, a między nimi opiekuńczo rozpościera skrzydła metalowy aniołek. Jeszcze wyżej, w samym szczycie budynku na metalowym wysięgniku podwieszona jest latarnia. Uważniejsza lustracja pozwala jednak stwierdzić, że oświetlenie fasady nie było pierwotną funkcją tego elementu. Tak, oczywiście, jest to dawny żuraw służący do podnoszenia towarów do kupieckiego składu mieszczącego się na poddaszu domu. Budynek przy żareckim Starym Rynku numer 8 to mniejszy krewny gdańskiego Żurawia, czy też kazimierzowskich spichrzów. Świadek handlowej przeszłości tego podczęstochowskiego miasteczka. Jak się okazuje, bynajmniej nie jedyny.

Żarki - kamieniczka kupiecka w rynku.

Detal architektoniczny kamienicy kupieckiej

Miasto rozwinęło się przy ważnym szlaku handlowym z Krakowa do Wrocławia.
W XVI wieku w Żarkach funkcjonowały liczne młyny, browary, jatki i gorzelnie. W XIX wieku miasto nabył Piotr Antoni Steinkeller, który inwestował w rozwój usług i przemysłu. Największym sfinansowanym przez niego przedsięwzięciem była budowa fabryki maszyn i narzędzi rolniczych. Za jego czasów Żarki jako jedno z pierwszych miast Królestwa Kongresowego otrzymało gazowe oświetlenie ulic. Poprowadzenie linii kolei warszawsko-wiedeńskiej w odległości 6 kilometrów przyhamowało dalszą industrializację miasteczka, ale nie mogło powstrzymać ducha przedsiębiorczości panującego wśród jego mieszkańców. Ważnym elementem miastotwórczym i rozwojowym była obecność silnej, sięgającej momentami ponad 60% ogółu mieszkańców społeczności żydowskiej. Włożyła ona swój wkład w industrializację Żarek budując warsztaty, fabryczki, młyny i piekarnie, których liczba przed II Wojną Światową, sięgała 15. Ciągle pracuje tu wiele piekarni i zakładów cukierniczych. Ba, jest tu nawet bardzo klimatyczna kawiarnia serwująca wymyślne wypieki i koktajle.

Pod koniec XVIII wieku w mieście pracowało 8 młynów, a 140 lat później ciągle 5, w tym jeden elektryczny. Nota bene, miejscowa elektrownia rozpoczęła dostarczać prąd już w roku 1916, co jak na miasteczko tej wielkości też warte jest odnotowania. Tradycje młynarstwa przechowuje i przypomina mieszczące się w odrestaurowanym młynie Muzeum Dawnych Rzemiosł. Wizyta w nim jest chyba obowiązkowa dla uczniów okolicznych szkół, bo zawsze widywaliśmy przed nim mniej lub bardziej niesforną kolejkę młodych gości. Około 200 metrów dalej zaczyna się plac targowy. Żarki, na mocy przywileju króla Zygmunta Augusta z 1556 roku, miały prawo organizować cotygodniowe, sobotnie targi i 3 jarmarki rocznie. Choć miejsce i dzień targowania  ulegały zmianom, to tradycja przetrwała i obecnie jest tu największe targowisko w całym województwie śląskim, gromadzące na 1,5 hektara powierzchni do 10 tysięcy kupujących, tłoczących się do nawet 500 stoisk. Najpopularniejsze są targi sobotnie - środa jest drugim dniem targowym w tygodniu, ale mniej uznanym. W czasie naszej środowej wizyty, na olbrzymim placu stało/parkowało około 30 sprzedawców oferujących głównie owoce, warzywa i inne produkty spożywcze.

Muzeum Dawnych Rzemiosł
Muzeum Dawnych Rzemiosł

Muzeum Dawnych Rzemiosł

Tło dla targowicy stanowi kompleks 32 stodół. Poświadczają one, że dawny mieszczanin w niewielkim ośrodku miejskim rzadko mógł się utrzymać wyłącznie z rzemiosła i handlu,więc wspomagał się uprawą roli. A, że w zwartej zabudowie miejskiej było i nieskładnie i niebezpiecznie stawiać budynki gospodarcze, stodoły do przechowywania płodów rolnych lokowano poza jej obszarem, zazwyczaj przy wydzielonej drodze. W Żarkach, co wyjątkowe, tworzą one całą mini dzielnicę przylegającą do targowicy i ulicy Ofiar Katynia. Jako, że miasto było handlowe i słynące ze swych jarmarków, stodoły stopniowo przejmowały funkcję spichrzów. Obecnie ich ściany zbudowane są z łamanego kamienia wapiennego, a dachy kryte dachówką lub eternitem, ale pierwotnie były to konstrukcje drewniane, kryte często strzechą. Dopiero po wielkim pożarze w roku 1938 odbudowano je z użyciem bardziej ogniotrwałego budulca. Niektóre z nich są wynajmowane przez sprzedawców podczas największych wydarzeń targowych. W jednej odbywa się Kupiecki Sąsiek, czyli swoiste warsztaty rzemiosł dawnych połączone ze sprzedażą produktów i pamiątek regionalnych.

Dzielnica stodół
Dzielnica stodół

Dzielnica stodół

Dzielnica stodół

Jako miejscowość z ponad 600 letnią historią Żarki chlubią się znaczną liczbą innych turystycznych atrakcji. Miasteczko uniknęło zniszczeń podczas II wojny światowej i dzisiaj chodząc jego uliczkami i patrząc na ich układ łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie w innych realiach społecznych i ekonomicznych. Zabudowa jest zwarta, domy najczęściej mają do dwóch kondygnacji. Charakterystyczne są długie, parterowe budynki z bramami na przestrzał, umożliwiającymi dostawę towarów lub półproduktów do warsztatów i magazynów mieszczących się w podwórkach. Żarki szczycą się też ciekawymi budowlami sakralnymi. Nad Starym Rynkiem góruje Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza. Po drugiej stronie rzeczki Leśniówki znajdziemy uroczy, kryty gontem kościółek św. Barbary. W dzielnicy Leśniów, nad źródłem Leśniówki, wznosi się barokowe sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Obiektem czci jest w nim drewniana figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, sprowadzona, rzekomo, przez księcia Władysława Opolczyka w doborowym towarzystwie ikony Matki Boskiej Bełzkiej, która po wprowadzeniu się do klasztoru jasnogórskiego rozsławiła go, jako Matka Boska Częstochowska. W odległości niespełna 2 km od żareckiego rynku, przy drodze do Kroczyc, stoi ruina kamiennego kościoła św. Stanisława. Wedle legendy, wokół niego rozpościerała się pierwotnie osada Żarki. Miejsce jest urokliwe, nie tylko ze względu na  czar starych murów, ale przede wszystkim z powodu położenia na skraju questy jurajskiej, czyli 70 metrowego uskoku Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej ku dolinie Warty. Sprzed kościółka rozciąga się daleki widok na łąki, lasy i zabudowania miejscowości w dolinie.


Żarki - typowa zabudowa uliczna
Ulica Joselewicza w Żarkach - pierwszy budynek po prawej to dawna piekarnia

Typowy dom z bramą przejazdową.


Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza


Widok spod kościoła św. Stanisława na dolinę Warty
Ruiny kościoła św. Stanisława

Sanktuarium Matki Boskiej Leśniowskiej

Kapliczka nad źródłami Leśniówki

Figurka Matki Boskiej Leśniowskiej

Kościół św. Barbary

Śladami po obecności i roli społeczności żydowskiej w Żarkach są: okazała synagoga, użytkowana obecnie jako dom kultury, a także dwa cmentarze. Synagoga była miejscem modlitw Żydów postępowych. Wyznawali oni odmianę judaizmu dopuszczającą reformy prawa i tradycji żydowskiej ułatwiające wiernym funkcjonowanie w szybko zmieniającym się świecie zewnętrznym. Obecność społeczności tego rytu, w tak małym mieście, była równie wyjątkowa, jak wczesne wprowadzenie oświetlenia gazowego i elektryczności. Starszy, niewielki cmentarz żydowski, znajduje się na ulicy Górki. Oznacza go w terenie tylko skromne upamiętnienie z wykorzystaniem resztek odkrytej przypadkowo macewy. Za to nowy cmentarz przy ulicy Polnej ma 1,5 ha powierzchni i ciągle można na nim znaleźć ok 700 nagrobków. Rozrzucone malowniczo na pofalowanym, piaszczystym terenie, robią ogromne wrażenie. Szczególnie ciekawe są trzy macewy żeliwne, umieszczone w ogrodzeniu cmentarza od strony południowej.


Synagoga postępowa - obecnie dom kultury.

Nowy cmentarz żydowski w Żarkach

Nowy cmentarz żydowski - żeliwne macewy wmurowane w ogrodzenie nekropolii

Pomnik na starym cmentarzu żydowskim

Żarki są też doskonałym punktem wypadowym do wycieczek po innych atrakcjach Jury. Mnie do gustu przypadła zwłaszcza ta do źródeł rzeki Wiercicy i Złotego Potoku. Dolina Wiercicy na odcinku jurajskim obfituje w najbardziej charakterystyczne atrakcje tego regionu. Bujne bukowo-grabowe lasy, malownicze formacje skalne, jaskinie, wywierzyska, głębokie wąwozy - wszystko to można znaleźć na trasie nieco ponad godzinnego spaceru ze Złotego Potoku w górę doliny. Może tu  brakować jedynie wybitnych punktów widokowych - dalszą perspektywę zapewniają wyłącznie nanizane na bieg rzeczki stawy rybne. Sam Złoty Potok, majątek arystokratycznych rodzin Krasińskich i Raczyńskich, odbiega wyglądem od okolicznych miejscowości. Większość zabytków (dwór, pałac, kościół, rządcówka) pochodzi z XIX wieku i jest schludnie utrzymana. Miejscowość kultywuje pamięć pobytu poety Zygmunta Krasińskiego, który, choć trwał tylko nieco ponad miesiąc, zaowocował nadaniem nazw wielu skalnym ostańcom i stawom w dolinie. Sam poeta nie wyniósł jednak stąd dobrych wspomnień, gdyż właśnie w Złotym Potoku umarła jego najmłodsza córka Elżbieta.

Złoty Potok - rządcówka, obecnie nadleśnictwo.

Złoty Potok - pałac Raczyńskich

Złoty Potok - widok spod portyku pałacu Raczyńskich na dwór, w którym mieszkał Zygmunt Krasiński.

Kościół w Złotym Potoku

Staw w dolinie Wiercicy

Zbocza doliny Wiercicy są porośnięte lasem bukowo-grabowym.

Skałki w dolinie Wiercicy

Stary młyn nad Wiercicą

Jako, że Jura kojarzy się wszystkim z warowniami na skałach - słynnymi Orlimi Gniazdami - nie wypadało ich nie odwiedzić. Najbliżej Żarek położony jest kompleks  zamkowy Mirów-Bobolice. Oba zamki są obecnie w prywatnych rękach, przy czym Bobolice zostały wspaniale odrestaurowane, a Mirów ciągle podlega pracom zabezpieczającym. Budowle robią imponujące wrażenie, gdyż usytuowane są w skalnym otoczeniu, a szczupłość miejsca pod budową wymuszała ich wyciągnięcie ku górze. W sezonie letnim odbywają się tu liczne imprezy masowe, pobierana jest też opłata za wejście/zwiedzanie. Na przełomie zimy i wiosny można pokręcić się po terenie bez wnoszenia opłat, ale też bez możliwości wejścia, nie tylko do wnętrza zamków, ale i sąsiadującej z nimi zabudowy gastronomiczno-hotelowej. Gorącej kawy można więc skosztować tylko, jeśli wzięło się ją ze sobą w termosie! Oba zamki, oddalone od siebie ledwie o 1,5 km, wieńczą krańce najeżonego ostańcami pasemka wzgórz. W roku 1981, gdy pokonywałem pieszo cały szlak Orlich Gniazd, od Częstochowy do Krakowa, była to jedna z najbardziej malowniczych i widokowych jego części. Niestety, obecny właściciel ogrodził ten teren tak, że szlak turystyczny musiano poprowadzić asfaltową drogą łącząca obie wioski. Zmiany własnościowe zamków przyniosły więc zarówno pozytywne jak i niepożądane skutki.

Zamek Bobolice

Podzamcze bobolickie, czyli część hotelowo-gastronomiczna kompleksu.

Zamek Bobolice z najbardziej imponującej perspektywy

Zamek Bobolice



Zamek Mirów

Najeżony skałkami grzbiet między Mirowem a Bobolicami

Zamek Mirów

Wieś Mirów, a w niej współczesny zameczek.

Nieco dalszy celem wycieczkowym jest Góra Zborów koło Kroczyc. To prawdziwe skalne miasto z formacjami skalnym o różnej wysokości i fantazyjnych kształtach. To także popularne miejsce ćwiczeń dla alpinistów, nie tylko ze Śląska i Zagłębia. Jako, że góra wznosi na 468 m npm, a skały wyrastają ponad las, można się tu nacieszyć panoramicznymi widokami, które przy sprzyjającej pogodzie sięgają wielu kilometrów. Szczęśliwcom udawało się nawet sfotografować stąd panoramę Tatr odległych w prostej linii o około 160 km. Nam się to nie udało, ale z drugiej strony nie spotkaliśmy też żadnych nowożeńców, którym skalne krajobrazy góry służą jako tło ślubnych sesji fotograficznych. Po drodze warto zboczyć w Kotowicach w stronę Zawiercia. Po  przejechaniu ok. 1,5 km, przed wiaduktem nad linią kolejową, znajduje się jeden z największych na ziemiach polskich cmentarz wojenny z czasów I Wojny Światowej. Już w czasach założenia pochowano tu około 800 żołnierzy trzech imperialnych armii. W latach 30-tych XX wieku przeniesiono nań szczątki kolejnych 700 poległych, pierwotnie pochowanych na mniejszych cmentarzach w okolicy. Nazwiska na tabliczkach są różnego pochodzenia, bo armie były trzy, a każde imperium wielonarodowościowe. Różne są też formy upamiętnienia, w zależności od armii, rangi poległego i czasu, w którym wykonano nagrobek. Konflikt ten był już wojną nowoczesną, w znaczeniu użycia na szeroką skalę bardzo wydajnych technologii militarnych (czytaj: narzędzi do zabijania ludzi), równocześnie była to chyba ostatnia wojna, podczas której praktykowano elementy etosu rycerskiego, nakazujące szacunek dla przeciwnika i godny pochówek dla poległych.

Góra Zborów

Góra Zborów

Góra Zborów - w dole widoczna droga do Żarek.

Góra Zborów

Brama na cmentarz wojenny w Kotowicach

Cmentarz wojenny w Kotowicach - groby oficerskie
Cmentarz wojenny w Kotowicach - groby żołnierzy czeskich

Cmentarz wojenny w Kotowicach - groby szeregowych żołnierzy.

Żarki oferują całkiem szeroką gamę możliwości noclegowych, w mieście działają trzy punkty informacji turystycznej: w muzeum, urzędzie miasta i domu kultury. Zaskakująco duża jest też oferta gastronomiczna. Nam nie udało się skosztować lokalnego przysmaku, jakim jest pieczonka jurajska, ale połączenie tradycyjnej oferty z nowoczesną aranżacją wnętrz w Przystani Lesniów wywarło na nas duże wrażenie. Miasteczko ma też swoją Pizzerię u Włocha, gdzie menu nie ogranicza się tylko do placka z mozzarellą i sosem pomidorowym, bo w kuchni rządzi prawdziwy włoski kucharz. Mamy nadzieję, że obydwa lokale przetrzymają stagnację koronawirusową.

Mieszkaliśmy 6 km za miastem, w maleńkim przysiółku Kępiny koło Ostrowia. To już dolina Warty z okolicą zalesioną i poprzecinaną licznymi strumieniami, wytryskującymi spod nieodległej krawędzi jurajskiej. Wieś zabudowana jest w znaczącym stopniu domami letniskowymi, które przed sezonem stoją puste. W pobliżu znajduje się rezerwat cisów, z których największy wyrósł paradoksalnie blisko zabudowań przy wiejskiej drodze. Codziennie rano wychodziliśmy z Harrym na spacer do lasu i prawie zawsze znajdowaliśmy jakieś ciekawostki: pierwsze kwiaty, ślady saren, tajemnicze wzgórza (kurhany?), czy doły po eksploatacji torfu. Ostatni poranny spacer przywiódł nas na przeciwległy skraj rozległej, podmokłej polany, przy której stał nasz dom. Przeciąwszy obrzeża sosnowo-świerkowego boru i pas wierzbowych zakrzaczeń wyszliśmy na otwartą przestrzeń porośniętą kępami turzyc i situ. W odległości 20-25 metrów przed nami dojrzeliśmy parę żurawi. Nie wykazywały lęku. Wolno przechadzały się pozwalając na spokojną obserwację. Harry - pies miłośnika ptaków wie jak zachować się w takiej sytuacji. Ptaki zatrąbiły kilka razy tryumfalnie, a potem nieśpiesznie odleciały w stronę lasu. Nigdy jeszcze nie widziałem żurawi z tak bliskiej odległości. A ponieważ nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego, ich obraz mogłem zachować jedynie w pamięci. Spotkanie tych ptaków było godnym zwieńczeniem pełnego niespodzianek wyjazdu.

Najstarszy cis we wsi

W tej okolicy można spotkać żurawie


Ilustracja
Jako się rzekło nie miałem aparatu. By Andreas Trepte - Praca własna, CC BY-SA 2.5, 

Jura (Wyżyna) Krakowsko-Częstochowska otrzymała swe imię od dwóch miast leżących na jej krańcach. Każde z nich jest samo w sobie celem turystycznym, a równocześnie, ze względu na peryferyjne usytuowanie, niezbyt dogodnym punktem startowym do wycieczek wgłąb tego regionu. Dlatego, moim zdaniem, żadne z nich nie zasługuje na miano jurajskiej stolicy. Poznawszy bogatą historię i współczesne osiągnięcia oraz turystyczną ofertę Żarek, niespodziewanie dla samego siebie utwierdziłem się w przekonaniu, że to właśnie niepozorne miasteczko nad Leśniówką zasługuje na ten tytuł.


czwartek, 26 marca 2020

Gdzie właściwie są granice Brukseli?


Kompleks gmachów Parlamentu i innych instytucji europejskich wbija się bezceremonialnie w zastaną tkankę miasta. Najlepiej widać to od strony Placu Luksemburskiego. Nad dwukondygnacyjnym dawnym budynkiem dworca luksemburskiego, mieszczącym obecnie Visitor center Parlamentu, wznosi się szklano-kamienna ściana głównego kompleksu. Minąwszy budyneczek dworca, noszący obecnie nazwę Station Europe, wchodzimy do innego, także w architektonicznym sensie słowa, świata. Za nami pozostaje architektura mieszczańska. Otacza nas obecnie biurowy post-modernizm. Otacza także w dosłownym znaczeniu - przejście z Visitor Center do Parlamentu biegnie na wysokości drugiej kondygnacji zabudowanym okrężnym pasażem. Ściany pasażu służą jako stelaż do ekspozycji wszelakich wystaw przygotowanych pod patronatem PE. Symbolicznie wyznaczają też granice Agory Simone Veil, wieloletniej eurodeputowanej i przewodniczącej pierwszego składu PE pochodzącego z wyborów bezpośrednich. Przestrzeń ta wraz z Esplanadą Solidarności 1980 roku (tak, tak!) stanowi corocznie tło dla ponad 40 wydarzeń o charakterze publicznym, urządzanych przez instytucje europejskie i inne organizacje. Nazwa esplanady nie jest jedynym polskim akcentem w najbliższej okolicy. Na środku Placu Luksemburskiego wznosi się pomnik poświęcony dziewiętnastowiecznemu przemysłowcowi angielskiemu Johnowi Cockerillowi. Jako innowator w zakresie technologii i zarządzania był on pomysłodawcą powstania w Belgii pierwszego zintegrowanego kompleksu przemysłowego, obejmującego kopalnie, huty, linie kolejowe, port i flotę transportową. Ponieważ taki mózg dla realizacji swych pomysłów potrzebował większych przestrzeni, Cockerilla nosiło po Europie od Londynu po Petersburg. W ówczesnym Królestwie Polskim angażował się w rozwój przemysłu włókienniczego. I traf sprawił, że właśnie na ziemiach polskich padł ofiarą tyfusu i umarł w roku 1850 w Warszawie.

Pomnik Cockerilla na placu Luksemburskim  z budynkami Parlamentu Europejskiego w tle
Plac Simone Veil
Widok spod Parlamentu Europejskiego w stronę Ixelles



Kościół Jezuitów w Ixelles

Budynki Parlamentu Europejskiego

Pomnik Euro ???

Skwer przed Komitetem Regionów i Przedstawicielstwem Bawarii przy UE. Kogo symbolizują chowające głowę w piasek strusie?

Widok z Parc Leopold na Dom Historii Europejskiej


Stojąc pod jego pomnikiem i podziwiając kompleks Parlamentu mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to widok międzymiastowy. Plac Luksemburski należy do Ixelles, a Parlament ma adres już we właściwej Brukseli. Obszar, który potocznie nazywamy Brukselą, to jeden z trzech regionów, na które podzielona jest Belgia - Region Stołeczny Brukseli, dzielący się z kolei na 19 gmin miejskich. Cały region obejmuje powierzchnię nieco ponad 160 km² i ma niemalże 1,2 mln mieszkańców, z czego właściwa Bruksela (Bruxelles-Ville) zajmuje ok 1/5 powierzchni i odpowiada za 15% populacji. Poszczególne gminy różnią się wielkością i liczbą mieszkańców, ale łączy je dosyć fantazyjny przebieg granic. Gmina Bruksela to oczywiście centrum, w granicach obwodowych bulwarów (z powodu kształtu zwane Pentagonem) wraz z zachodnią wypustką obejmującą dzielnicę europejską i Park Pięćdziesięciolecia oraz znacznie rozleglejszymi terenami na północ od centrum, obejmującymi Laeken na zachodnim i Haren na wschodnim brzegu rzeki Senne. Na granicy z Ixelles dwa muzea (Wiertza i Historii Naturalnej) usytuowane prawie naprzeciwko siebie, przy Rue Vautier, znajdują się formalnie w różnych miastach. Prowadzone przez sieć Marriota Executive Apartments na Rue du Parnasse umiejscawiają się w Brukseli, ale Google Maps opisują ten adres, jako należący do Ixelles. Wszystko to jednak nic w porównaniu z gminą Baarle leżącą na granicy z Holandią (przepraszam - Niderlandami), gdzie komisja wyznaczająca granicę w 1839 roku zdecydowała, że o przynależności państwowej zdecyduje wola właścicieli każdej parceli w mieście. W rezultacie granica jest mozaiką około 30 enklaw i eksklaw, często o konstrukcji szkatułkowej, a tubylcy wybijają otwory drzwiowe w ścianie domu wychodzącej na teren państwa, gdzie aktualnie płaci się niższe podatki. Na przyjezdnym sprawia to wrażenie ogromnego chaosu, ale miejscowi w tym systemie świetnie się odnajdują. Zdolności zarządzania takim chaosem przydały się niewątpliwie obywatelom belgijskim w rekordowym okresie 535 dni bez rządu, który nastąpił po wyborach jesienią 2016 roku.

W stolicy Belgii i Europy bywałem już parokrotnie. Że jednak były to, albo wyjazdy służbowe z dosyć napiętym programem, albo krótkie postoje, kiedy koncentrowałem się na wybranym obiekcie bądź ich zespole, nie potrafiłem sobie skonstruować spójnego obrazu tego miasta. Bo z jednej strony, oczywiście, wspaniała zabudowa Grand Place i obowiązkowy spacer do figurki Manneken Pis'a, podświetlane nocną porą Atomium, czy widok na miasto spod Pałacu Sprawiedliwości. Z drugiej, przelotowe ulice, co rusz nurkujące w tunele i wizyta w depresyjnych podziemiach Gare Central. Już wówczas jednak miałem wrażenie spotkania z miastem patchworkowym i policentrycznym, gdzie pompatyczność i wielkomiejskość przeplatają się z przytulnością i urbanistyczna swojskością. Ostatnio miałem okazję uporządkować autonomiczne migawki z dotychczasowych wizyt w jeden, w miarę spójny, obraz - całe dwa dni poświęcone wyłącznie Brukseli! Taką sposobność trzeba było wykorzystać.


Wielkie miasta lokowane były zazwyczaj nad wielkimi rzekami. Może nie tyle wielkimi w sensie długości, ale na pewno na tyle pełnowodnymi, aby stanowić szlaki wodne, którymi transportowano do dawnych miast olbrzymie ilości potrzebnych towarów. W żyjących z handlu miastach Flandrii i Niderlandów port morski lub rzeczny był niezbędnym warunkiem rozwoju i prosperity. Z czasem do roli transportowej dodano krajobrazową. Rzeki dawały szeroką perspektywę stawianym na ich brzegach budowlom. Ich szerokie doliny wpuszczały do gęsto zabudowanych dzielnic centralnych jakże potrzebne świeże powietrze. Tymczasem Bruksela wydaje się być wyjątkiem od tej reguły. Idę o zakład, że 99 na 100 turystów spotkanych na Grand Place nie wie nad jaką rzeką leży to miasto i nie potrafi powiedzieć, gdzie trzeba jej szukać. Tymczasem przez Brukselę przepływa rzeka Senne tyle, że przesunięta w wyniku działań ludzkich około 1,5 km na północny-zachód od swego pierwotnego koryta. Ma ona nabrzeżne bulwary, przecina ją kilka ciekawych architektonicznie mostów, ale jej okolica emanuje jakąś drugorzędnością, a ku północy szybko nabiera charakteru industrialno-ruderalnego. Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze w połowie XIX wieku Senne płynęła przez miasto  czterema ramionami, z których dwa przecinały samo centrum. Wiły się one malowniczo, tworząc wyspy i cyple, przeciskając się między domostwami oraz pod niezliczonymi mostkami i kładkami. Były jednak coraz bardziej zamulone, służyły za śmietnik i ściek oraz stwarzały zagrożenie sanitarne. W ramach modernizacyjnych wysiłków burmistrza Julesa Anspacha ich wody zostały uregulowane i ukryte w murowanych kanałach. Był to pierwszy etap wypychania  rzeki z centrum miasta. Kolejny nastąpił w latach 50-tych XX wieku, kiedy zlikwidowano wcinające się w miasto baseny portowe, a rzekę z kanałów przeniesiono na zachód od Pentagonu, do koryta biegnącego mniej więcej po śladzie dawnego Canal de Charleroi.

File:Covering of the Senne EN v1.2.svg

Centrum Brukseli po zakończeniu kanalizacji i zasklepienia Senny

Współczesne centrum Brukseli z rzeką wypchniętą na ubocze.
Ta długotrwała ingerencja w miejscową hydrografię pozostawiła ślady w nazwach ulic. W północno-zachodniej części centrum aż roi się od ulic mających w nazwie słowo nabrzeże (Quai). W pobliżu mieścił się nasz hotel i od tej strony rozpoczęliśmy zwiedzanie. Baseny portowe miały sporą szerokość i taką zachowały powstałe na ich miejscu ulice i place. W sposób charakterystyczny dla Brukseli mieszają się tu style i przeznaczenia budynków. Trzytraktowe, wąskie a wysokie kamieniczki o średniowiecznym pochodzeniu sąsiadują z XIX wiecznymi pałacami miejskimi, obok których wznoszą się ascetyczne produkty międzywojennej architektury modernistycznej. Brukselczycy nie żywią nadmiernego szacunku dla reliktów przeszłości. Jeśli coś można zburzyć i zastąpić czymś nowym, to zapewne tak się stanie. Jest tu wiele cennych pamiątek historii, ale trudno  wskazać konkretny obiekt historyczny, który można uznać za charakterystyczny dla miasta. Imponująca fontanna upamiętniająca burmistrza Anspacha i jego dokonania może uchodzić zarówno za taki symbol, jak i służyć jako przykład elastycznego podejścia do zabytków przeszłości. Gdy rzekę Senne zasklepiono w kanałach, jako architektoniczną kulminantę powstałych na powierzchni bulwarów pozostawiono XVII wieczny kościół Augustianów. Budynek ten, zdesakralizowany jeszcze w 1830 roku, służył później jako sala koncertowa i urząd pocztowy, ale ku końcowi XIX wieku został uznany za niewystarczająco reprezentacyjną przeszkodę w ruchu drogowym. Bogiem a prawdą parcela w tak reprezentacyjnym miejscu nie przynosiła miastu dochodów. Wzniesiono więc zamiast dawnego kościoła hotel Continental. Przed hotelem, na Place De Brouckère, postawiono imponująca fontannę. Miejsce było odpowiednio wybrane, na osi bulwarów i w rozwidleniu podziemnego kanału powstałego z inicjatywy burmistrza. W tej lokalizacji fontanna dotrwała do 1973 roku, kiedy musiała ustąpić budowanej linii metra (a właściwie podziemnego tramwaju, zwanego pre-metrem). Po kilku latach władze znalazły jej właściwą lokalizację, nadal związaną z rzeką Senne. Teraz fontanna Anspacha wieńczy od północy kompleks basenów upamiętniających istnienie w tym miejscu dawnych nabrzeży portowych. Wszyscy, którym żal było zniszczonego kościoła, też otrzymali satysfakcję. Jego wspaniała fasada w stylu baroku brabanckiego została zdemontowana i sprzedana parafii katolickiej św. Trójcy w Ixelle. Oddany do użytku w 1908 roku kościół cieszy tam oczy starszą o 270 lat fasadą.

Zabudowa przy Place de l'Isere

Zróżnicowane budownictwo przy Quai du Commerce

Fontanna Anspacha

Kościół beginek

Ambona w kościele beginek. Podobnego charakteru ambony spotyka się w wielu kościołach brukselskich.

Zabudowa przy Quai au Foin

Pomnik upamiętniający gołębie wojskowe przy Quai aux Barques

Restauracje specjalizujące się w daniach rybnych przy Quai aux Briques

Dzwonnica - najstarszy zachowany element kościoła św. Katarzyny

Okolice kościoła św. Katarzyny zamykające od południa dawną dzielnicę portową noszą jeszcze jeden ślad dawnego przeznaczenia. Miejscowe restauracje mają w ofercie największy w mieście wybór ryb i owoców morza. Niegdyś sprzedawano je z kutrów cumujących naprzeciwko i kucharz nie musiał tracić wiele czasu na ich zakup. Obecnie muszą pokonać nieco dłuższą i bardziej skomplikowaną drogę na talerz smakoszy, ale genius loci miejsca, gdzie serwują najświeższe i najlepiej przyrządzone ryby, wciąż obowiązuje. A ponieważ w wielu restauracjach nie prowadzi się rezerwacji, wieczorami stoją przed nimi długie kolejki miejscowych i turystów stęsknionych smaku świeżej rybki. Nam nie wystarczyło cierpliwości, ale nie żałujemy, bo w pobliżu znaleźliśmy miejsce w zacisznej Brasserie du Gourmet. Jedzonko było pyszne, a stolik przy oknie dawał widok na Place du Beguinage oraz iluminowaną fasadę kościoła beginek. Pobliska kawiarnia Cafe Velvet z wejściem naprzeciwko stacji metra Sainte Catherine przez cały dzień, choć tylko do godziny 18, serwuje dania z menu śniadaniowego. W cenie przeciętnego obiadu można zjeść obfite, późne śniadanie i zamówić jeszcze parę drinków w pobliskich barach.

Chociaż północna Belgia, gdzie rozlokowana jest Bruksela, to kraj nizinny, to jednak miasto podzielone jest na Dolne i Górne. To ostatnie znajduje się w zachodniej części Pentagonu i nosi historyczną nazwę Coudenberg. Na początku XII wieku książęta Brukseli i Leuven wznieśli tu swoją siedzibę. Położony na wzgórzu zamek miał naturalne walory obronne i pozwalał kontrolować położone niżej miasto. Od tego czasu jest to dzielnica władzy sprawowanej przez hrabiów, książęta, arcybiskupów, królów, cesarzy i gubernatorów. W mroźną noc 3 lutego 1731 roku cały kompleks pałacowy wraz z bogatym wyposażeniem, w tym dziełami Brueghla i Rubensa, strawił pożar. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko odkopane przez archeologów podziemia. Ruiny pałacu przetrwały ponad 40 lat, zanim z inicjatywy gubernatora Niderlandów - księcia Karola Lotaryńskiego - usunięto je tworząc istniejący do dzisiaj Place Royale. Jako, że gotycka kaplica zamkowa, która przetrwała pożar, kłóciła się z koncepcją zabudowy w stylu klasycystycznym, padła ofiarą modernizacyjnych ambicji księcia gubernatora. Burmistrz Anspach miał, jak widać, godnych poprzedników. W stojącym przy placu kościele św. Jakuba, 21 lipca 1831 Leopold, książę Sachsen-Coburg-Saalfeld został zaprzysiężony na pierwszego króla Belgów. Książe miał unikalną okazję przebierania w ofertach - jednocześnie swój tron ofiarowywali mu Grecy.

Kościół św. Jakuba na Coudenberg

Pałac królewski

Brama do pałacu królewskiego

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych
W okolicy placu ulokowały się narodowe instytucje kultury takie, jak Muzeum Sztuk Pięknych. Kolejny król Leopold II, wymarzył więc sobie, aby cały stok wzgórza, opadający ku Dolnemu Miastu, przeznaczyć na cele kultury. Ówczesny burmistrz, Charles Buls, miał bardziej zachowawczy pomysł, polegający na modernizacji przy zachowaniu najcenniejszych obiektów zabytkowych. Jak jednak było do przewidzenia, to pomysł króla porwał umysły radnych, więc burmistrz podał się do dymisji. Niestety, za życia Leopolda II zdołano przeprowadzić tylko masowe wyburzenia. Realizacja pomysłu pradziadka ziściła się w latach 50-tych XX wieku, kiedy na tronie zasiadał król Baudoin. Powstały wówczas budynki Biblioteki Królewskiej, Archiwum Narodowego oraz Pałac Kongresowy. Cały teren zyskał też nazwę Wzgórza Sztuki (Mont des Arts). Zwiedzanie muzeów i poznanie ich zasobów to zadanie na wiele dni, ale wizyta w tej dzielnicy to ciekawe przeżycie ze względu na wspaniałą architekturę budynków oraz rozległy widok na Dolne Miasto i dalej położone dzielnice/gminy całej aglomeracji. Spośród świetnych gmachów wyróżnia się Muzeum Instrumentów Muzycznych, mieszczące się w dawnym domu towarowym Old England. Postawiony w 1899 roku sześciokondygnacyjny budynek był jedną z pierwszych budowli o konstrukcji stalowej tej skali. W dodatku, po raz pierwszy do pokrycia ścian użyto w nim wyłącznie tafli szklanych. Malowniczo położony na stoku Coudenberg przy łukowato wygiętej ulicy, bogaty w wymyślne zdobienia w stylu Art Noveau jest, w moim osobistym rankingu, jednym z kandydatów do architektonicznego symbolu Brukseli. 

W mapę Brukseli wpisują się zielone plamy wielkich parków: Pięćdziesięciolecia na zachód od siedziby Komisji Europejskiej i Brukselskiego na wprost Pałacu Królewskiego. Pod względem zagęszczenia atrakcji bije je jednak na głowę filigranowy Square du Petit Sablon. Choć z nazwy jest placem, to jednak ma charakter uroczego parku kieszonkowego. Jego powstaniu przyświecał swoisty program ideowy. Jest  to mianowicie mauzoleum ku czci przywódców antyhiszpańskiego powstania, hrabiów Egmonta i Hoorna, jak również pomnik cywilizacyjnych osiągnięć XVI wiecznych prowincji niderlandzkich. Utworzono go na miejscu zamkniętego średniowiecznego cmentarza w 1890 roku przenosząc tu z Grand Place pomnik wspomnianych hrabiów, straconych na rozkaz hiszpańskiego namiestnika, księcia Alby, w 1568 roku. Figury bohaterów na wyniosłym cokole nieustraszenie kroczą na szafot, a otacza je półkręgiem zanurzonym w zieleni 10 rzeźb współczesnych im postaci - wiodących przedstawicieli nauki i sztuki. Wśród nich znajdziemy Gerarada Mercatora - geografa i kartografa, twórcę siatki kartograficznej jego imienia. Park otoczony jest parkanem z misternie kutego żelaza, na filarkach którego umiejscowiono kolejne 48 figurek symbolizujących tradycyjne rzemiosła XVI wiecznej Brukseli. Po przeciwnej stronie Rue de la Regence widok zamyka malowniczy gotycki kościół Matki Boskiej z Sablon. Choć jego styl lepiej chyba nazwać supergotyckim. W czasie renowacji, na przełomie XIX i XX wieku, architekci - wyznawcy teorii wielkiego Violet le Duc'a (tego od paryskiej katedry Notre Dame) - stworzyli budowlę, która nie przypomina którejkolwiek ze swoich wcześniejszych wersji. Dodali wieżyczki, szczyty i ażurowe balustrady, zbudowali przypory i najeżyli obrys pinaklami i rzygaczami. Cóż by dopiero było, gdyby komisja przyjmująca do wykonania ich projekt nie odrzuciła pierwszej wersji uznając, iż była nadmiernie ekstrawagancka.


Pomnik hrabiów Egmonta i Hoorna

Kościół Matki Boskiej z Sablon i misterne ogrodzenie Petite Sablon

Square du Petit Sablon
Kaplica przy kościele Matki Boskiej z Sablon

Kaplica przy kościele Matki Boskiej z Sablon

Z dawnych pobytów w Brukseli w pamięci utkwiło mi wrażenie przebywania, nie w metropolii i stolicy Europy, a w prowincjonalnym miasteczku nieokreślonego kraju zachodniej Europy. Częściowo powodowała to skala zabudowy prócz centralnej części, daleka od monumentalizmu. Swoje dokładała też urbanistyka: ulice mieszkalne są wąskie; rola budynków publicznych jest podkreślona usytuowaniem przy placach i skwerach; w wielu z brukselskich miast/gmin centralnym punktem jest wciąż plac naprzeciwko parafialnego kościoła. Wrażenie to powróciło do mnie podczas krótkiego wypadu do Saint Gilles. Trafiliśmy tam w sposób niezaplanowany - chciałem rodzinie pokazać Porte de Hal, jedyną zachowaną bramę drugiego pasa średniowiecznych murów miejskich. Nie zdecydowano się jej zburzyć wraz pozostałymi umocnieniami zlikwidowanymi w pierwszej połowie XIX wieku, gdyż wciąż pełniła funkcje militarne - była mianowicie więzieniem wojskowym. W latach 1868-71 została odrestaurowana w sposób oddający ducha romantycznego postrzegania wieków średnich. Nawiasem mówiąc, za jej obecny wygląd odpowiada Henri Beyaert, ten sam, który 20 lat później zaprojektował opisany wcześniej Square du Petit Sablon. Po  przejściu na drugą stronę obwodowego bulwaru, jest się już w Saint Gilles. Przewodniki polecają tu liczne budowle w stylu belgijskiej secesji, tworzone przez najsłynniejszych architektów epoki takich, jak Victor Horta oraz degustację dań w którejś z wybornych restauracji. Wybór jest szerszy, niż gdzie indziej. Pewnie też dlatego, że Saint Gilles ma największy w Belgii odsetek ludności pochodzenia zagranicznego (48,2%). Nam udało się połączyć architekturę secesyjną z kuchnią etniczną w trakcie wizyty w portugalskiej cukierni na Rue Vanderschrick. Patriotów kulinarnych ucieszą tu też liczne sklepy, a nawet restauracje z kuchnią polską. Po to jednak jeździ się zagranicę, aby zmysł smaku wystawiać na nowe wyzwania. Dlatego dzień zamknęliśmy degustując dania kuchni etiopskiej w niewielkiej restauracji położonej tylko nieco ponad 100 metrów od sikającego symbolu miasta. Koronowirus grasował dopiero po Dalekim Wschodzie, ale ostrożność już nakazywała nam zrezygnować z etiopskiego zwyczaju nabierania potraw w chlebek indżera i ręcznego częstowania współbiesiadników, który to zwyczaj służy umacnianiu więzi rodzinnych i przyjacielskich.


Porte de Hal - widok od północy

Porte de Hal - widok od południa

Saint Gilles - Avenue Jean Volders

Kościół św. Idziego - Saint Gilles

Saint Gilles - przykład zdobnictwa secesyjnego

Saint Gilles - przykład zdobnictwa secesyjnego

Saint Gilles - podpis zbyteczny
Po powrocie do Polski, zdając sprawę z wizyty w Brukseli mojej bywałej w świecie Mamie zostałem zaskoczony jej stwierdzeniem, że to miasto turystycznie z niczym się jej nie kojarzy. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, musiałem jednak przyznać, że jest to dosyć typowy pogląd. W Brukseli bywa się w interesach lub w ramach obowiązków zawodowych i wraca z niejasnym wspomnieniem szklanych budynków biurokracji europejskiej. Tymczasem jest to fascynujące miasto, a jego patchworkowa struktura powoduje, że każda składowa ma do opowiedzenia odrębną, ciekawą historię. Wbrew też powszechnemu przekonaniu, w dni wolne od pracy miasto nie zastyga w niebycie. Wtedy właśnie tym lepiej widać, że jego mieszkańcy wiodą spokojne, bezpieczne życie zasiedziałych europejczyków. W naszym przypadku, szybko okazało się też, że w dwa dni nie zrealizujemy wszystkich planów. Co tylko znaczy, że gdy pandemia ustąpi, przystąpimy do planowania kolejnej wizyty w stolic y Belgii i Europy.