niedziela, 23 lutego 2020

Książę Witold patronem MO, czyli o wrocławskich paradoksach.



Średniowieczne, kręte schody musiały być wysokie jak na zasięg nóg jedenastolatka. Z pewnością spieszyłem się, aby jak najprędzej dotrzeć na platformę widokową. Ojciec niewątpliwie powściągał moje ambicje wieżobiegacza. Mimo to, na platformę widokową na wieży kościoła św. Elżbiety przy wrocławskim rynku dotarliśmy sprawnie i w dobrym czasie. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, czy było tam wielu turystów. Nie pamiętam też, czy oprócz kościelnych wież i dachów kamienic przy rynku widać było góry, np. najbliższą miastu Ślężę. Pamiętam za to doskonale ulice biegnące dalej rynku, przy których stały tylko ściany kamienic. Ich wnętrza pozbawione dachów i stropów ukazywały naścienne preferencje malarskie dawnych mieszkańców. Podwórka wypełniały sięgające kilku metrów góry gruzu, na których rosły całkiem już pokaźne brzózki oraz wszelka inna kolonizatorska roślinność. Patrzyłem na ten widok w oniemieniu. Ani w Białymstoku, gdzie naówczas mieszkałem, ani w żadnym innym odwiedzanym polskim mieście, nie zetknąłem się tak namacalnie ze śladami wojny. "Czterej pancerni" i "Stawka większa niż życie" cieszyły się wśród odbiorców w moim wieku wielką popularnością, ale ich akcja dotyczyła przecież lat dawno minionych, tymczasem we Wrocławiu historia rzucała ciągle swój złowrogi cień. Było lato 1970 roku, walki o twierdzę Breslau zakończyły się przed ćwierćwieczem.

Widoki z wieży bazyliki św. Elżbiety, Wrocław
Widoki z wieży bazyliki św. Elżbiety, Wrocław
Zdjęcia z końca lat 60-tych z wieży kościoła św. Elżbiety nie ukazują tylu zniszczeń, ile udało mi się zapamiętać. Uważne oko dostrzeże jednak, że "król był nagi". Zdjęcia ze strony polska-org.pl
Współczesny widok z wieży kościoła św. Elżbiety na wrocławski rynek.

Widok na dach nawy głównej kościoła św. Elżbiety odbudowany po ;pożarze w roku 1976.

Później odwiedzałem Wrocław mniej więcej co dekadę. Patrzyłem na miasto coraz bardziej świadomym okiem. Ruin i gruzowisk nie spotykałem już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Bez trudu za to zauważyłem, że centrum oddzielone jest od od położonej na południe dzielnicy Krzyki kilometrowym pasem pozbawionej wszelkiej zabudowy przestrzeni, gdzie wśród roślinności o charakterze ruderalnym biegły równo wybrukowane ulice z rdzewiejącymi szynami tramwajowymi pośrodku. Wraz z rosnącą popularnością motoryzacji tereny te zaczęto użytkować jako zorganizowane lub dzikie parkingi. Owe nieposiadające naturalnych granic przestrzenie często zwano placami posiadającymi, a jakże, swoich godnych patronów, natomiast bardzo często pozbawionymi choćby jednego zamieszkałego budynku, dla którego byłyby adresem. Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych nocowałem w nieistniejącym już hotelu Panorama z widokiem na plac Dominikański. Z okna miałem widok na olbrzymi ogrodzony teren (obecnie zajęty przez Galerię Dominikańską), w którym wykopano pokaźnych rozmiarów jamę. Zagłębienie to wypełnione było wodą, jak zgaduję gruntową, z której tu i ówdzie wystawały szczątki ceglanych ścian uporczywie przypominając, że kiedyś było tam miasto. Z pobliskiej Odry na rozlewisko przylatywały dzikie kaczki spędzając czas na pluskaniu się w wodzie i odpoczynku wśród szczątków mieszczańskich piwnic.

Aż w lipcu 1997 roku nadeszła wielka powódź. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku kanały, jazy i wały wrocławskiego węzła wodnego nie wytrzymały naporu wody o 1/3 przekraczającego ich przepustowość. Wezbrane wody Odry i jej dopływów zalały 40% powierzchni miasta. Zalane lub podtopione zostało ponad 2500 budynków. Dramatyczne wysiłki służb i tysięcy wolontariuszy pomogły uratować zabytki Starego Miasta, zbiory muzeów i Ossolineum oraz życie zwierzęcych mieszkańców ogrodu  zoologicznego. Katastrofa ta, paradoksalnie, odmieniła oblicze miasta rozpoczynając okres jego burzliwego rozwoju. Środki na odbudowę popłynęły od rządu i instytucji międzynarodowych. Wkrótce, z wejściem Polski do Unii Europejskiej, brama do unijnego  budżetu otworzyła się jeszcze szerzej. Powódź przeorała też, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, świadomość mieszkańców miasta. Ocalone wspólnym wysiłkiem, stało się dobrem wspólnym,  powodem do dumy oraz oprawą dla realizacji wielu lokalnych inicjatyw. Atmosfera tymczasowości oraz bylejakości przeminęła bezpowrotnie. Historia przestała być pojmowana jako niepowiązane okresy - polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu polski. Symbolem tego było zamówienie przez władze miasta u Normana Daviesa i Rogera Moorhousa historycznego portretu Wrocławia, łączącego elementy dotychczas rywalizujących wizji historiograficznych, w dziele o znamiennym tytule "Mikrokosmos".
Powódź w 1997 - okolice mostu Grunwaldzkiego. Za https://tvn24.pl/zdjecia/powodz-1997-r-we-wroclawiu-na-zdjeciach-bogdana-zdrojewskiego,56374.html?h=1d27
Powódź 1997 - osiedle Kozanów. Za https://tvn24.pl/zdjecia/powodz-1997-r-we-wroclawiu-na-zdjeciach-bogdana-zdrojewskiego,56374.html?h=1d27

Wrocław jest dla mnie miastem bogatym w paradoksy. Czy nie jest na przykład takowym fakt, że ulica Wielkiego Księcia Witolda na Kępie Mieszczańskiej zawdzięcza swoją nazwę stacjonującym nań milicjantom, których naczelnym komendantem w latach 1945-49 był komunistyczny generał Franciszek Jóźwiak, używający podczas okupacji niemieckiej pseudonimu "Witold". Władzom miejskim niezbyt wypadało walczyć z takim protektorem, ale że żyjącym nazwy ulic nie przysługiwały, w duchu kompromisu zamieniły generała na Wielkiego Księcia, a sąsiednim ulicom za patronów dały innych bohaterów sienkiewiczowskich "Krzyżaków". Obecnie okolica ta jest intensywnie zabudowywana, ale przez dziesięciolecia była to powojenna pustynia pozostająca pod czujnym okiem oddziałów prewencji Milicji Obywatelskiej. Pobliskie dwie elektrownie wodne są jedynymi znanymi mi z Polski przykładami usytuowania takich obiektów w centrum dużego miasta. Jako, że zaprojektowano je w ciekawej modernistycznej szacie, Wrocław ma zabytki nie tylko na brzegach, ale i w nurcie Odry.

Elektrownia południowa od strony zachodniej.

Brama do elektrowni południowej

Elektrownia południowa od strony Mostu Pomorskiego 

Fragment elektrowni północnej

Jednym z najbardziej malowniczych i urbanistycznie "kompletnych" rejonów miasta jest Ostrów  Tumski, swoista dzielnica biskupia i historyczna ostoja katolicyzmu w zasadniczo protestanckim Wrocławiu. W poprzecinanym ramionami Odry i jej dopływów mieście jest to jedyna wyspa nosząca miano Ostrowia oraz jedyna, którą wody opływają obecnie tylko z jednej, południowej strony. Ostatnimi śladami obmywającego ją do 1807 roku północnego ramienia rzeki są stawy w Ogrodzie Botanicznym.

Do katedry wrocławskiej w grudnia zeszłego roku powrócił historyczny srebrny ołtarz biskupa Jerina. Słynne arcydzieło wrocławskiego złotnictwa ma w swojej bogatej historii wiele elementów paradoksalnych. W 1632 roku, gdy Ostrów Tumski zdobyły i splądrowały protestanckie wojska szwedzkie i saksońskie, ołtarz nie dostał się w ich ręce. Katolicki biskup oddał go na przechowanie protestanckiej radzie miasta, a tam zdobywcy już go nie szukali. 80% zdemontowanego przed oblężeniem w roku 1945 ołtarza przetrwało wojnę, ale zostało skazane na zesłanie: najpierw do kościoła w Szamotułach, a od lat 60-tych XX wieku do wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam spoczywało w ciszy i, paradoksalnie, zapomnieniu aż do wystawy pt. "Skarby katedry wrocławskiej" zorganizowanej w 2017 roku w Muzeum Narodowym. Zmontowany tymczasowo na potrzeby wystawy, tak zachwycił muzealników, duchownych i przedstawicieli władz miejskich, że podjęto decyzję o jego rekonstrukcji i powrocie do katedry. Dziś pyszni się na dawnym miejscu w prezbiterium. Szkoda tylko, że oglądać go można jedynie z daleka oraz na razie bez możliwości podziwiania renesansowych malowideł na skrzydłach poliptyku.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina.

Również kościół św. Krzysztofa odcięty od Starego Miasta, niegdyś nurtem Czarnej Oławy, a obecnie ruchliwą staromiejską obwodnicą (ul. Kazimierza Wielkiego), to skarb dla poszukiwacza wrocławskich paradoksów. Jest to świątynia ewangelików niemieckojęzycznych. W każdą niedzielę o godzinie 10:00 zbiera się w nim na modlitwę niewielka wspólnota wiernych. Tymczasem od początku XV do końca XIX wieku było to miejsce, gdzie modlili się polskojęzyczni wyznawcy rytu luterańskiego. Naturalnej wielkości figura patrona, mimo, iż wykonana z drewna, jest jedynym elementem dawnego wyposażenia, który przetrwał bombardowania i pożar wnętrza świątyni w 1945 roku. Było to możliwe, gdyż od szalejących płomieni oddzieliły ją grube gotyckie ściany - w owych czasach figura stała we wnęce po zewnętrznej stronie murów świątyni. W oknach prezbiterium zainstalowano niedawno witraże, które w duchu ekumenizmu ukazują męczenników za wiarę z okresu III Rzeszy (ewangelików: Dietricha Bonhoeffera i biskupa Juliusza Bursche oraz katolików: św. Maksymiliana Kolbe i św. Edyty Stein).


Kościół św. Krzysztofa

Gotycka figura świętego.

Ołtarz w kościele św. Krzysztofa

Witraże  z wizerunkiem katolickich i luterańskich męczenników za wiarę.

Wrocław ma też szereg zabytków, którym dano szansę na drugie życie. Tradycja ta nie ogranicza się do lat powojennej odbudowy miasta, lecz sięga korzeniami do czasów wcześniejszych. W południową ścianę gotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wmurowany jest wspaniały, romański portal ołbiński. Pochodzi on z rozebranego w 1529 roku, pod pretekstem zagrożenia tureckiego, opactwa norbertanów, znajdującego się niegdyś w tej wrocławskie dzielnicy. Mało kto miał szansę go podziwiać, bo wąska, zastawiona parkującymi samochodami, uliczka nie zachęca do zapuszczania się weń turystów, którzy do wnętrza  dostają się z przeciwnej strony kościoła. Mało kto również trafia do położonego na Nadodrzu kościoła Opieki św. Józefa. Jego gotycki poprzednik podzielił losy ołbińskiego opactwa i w tym samym czasie został złożony w ofierze potrzeb bezpieczeństwa miasta. Historia powtórzyła się z jego następcą w 1806 roku, z tą różnicą, że tym razem wróg w postaci wojsk napoleońskich dotarł jednak na miejsce i zdobył Wrocław. W końcu, w 1821 roku, powstała istniejąca do dzisiaj świątynia w stylu klasycystycznym. Na jej frontonie znalazła się gotycka scena ukrzyżowania i kartusze herbowe pochodzące z rozebranej nieco wcześniej bramy Mikołajskiej.


Portal ołbiński w południowej ścianie kościoła św. Marii Magdaleny. Zdjęcia ze strony polska-org.pl 
Zbliżenie na detale portalu ołbińskiego. Zdjęcia ze strony polska-org.pl

Kościół Opieki św. Józefa

Gotyckie rzeźby na fasadzie kościoła.


Największym wrocławskim paradoksem jest jednak fakt, że przy tak olbrzymich zniszczeniach, zachowało się tak wiele ciekawych budynków i elementów dawnej architektury. Bez problemu możnaby nimi obdzielić kilkanaście mniej historycznie doświadczonych miejscowości. W czasie ostatniego pobytu trafiliśmy na ulicę Mikołaja Reja, gdzie z wysokości czwartej i piątej kondygnacji obserwuje otoczenie piękna dama bujająca się na huśtawce, w towarzystwie dwóch amorków. Cała okolica to rezerwat architektury sprzed I wojny światowej zachowanej mimo, iż w pobliżu Niemcy wyburzyli całe kwartały zabudowy na potrzeby powstającego lotniska polowego (dzisiejszy plac Grunwaldzki). Z kolei pilczycki Park Zachodni, będący w historii znacznym kompleksem grzebalnym (obejmującym cmentarz żydowski, komunalny oraz katolicki), zachował interesujący nagrobek z figurą anioła i niemiecką inskrypcją mówiąca w tłumaczeniu: "Również cierpienie jest posłańcem Boga". Nie wiadomo, czy decydentami zleconej w 1967 roku likwidacji cmentarzy powodowało uznanie dla wartości artystycznej tego pomnika, czy też chcieli jednak pozostawić materialny ślad cmentarnej historii parku. 


Płaskorzeźba na ulicy Mikołaja Reja

Zbliżenie płaskorzeźby na ulicy Mikołaja Reja

Znacznik Parku Zachodniego
Jedyny zachowany nagrobek w Parku Zachodnim

Każda wizyta we Wrocławiu daje możliwość podobnego spotkania z przeszłością i to nie tylko na Starym Mieście, ale i w pozornie mniej zabytkowych dzielnicach. Dlatego wyjeżdżając z tego miasta już układam plany kolejnej wizyty, obejmującej miejsca i obiekty, o których dowiedziałem się śledząc jego dzieje, lecz których również tym razem nie zdołałem odwiedzić.

czwartek, 12 grudnia 2019

O urokach podróżowania z psem


Dochodziła druga w nocy. Bezchmurne niebo lśniło gwiazdami. Drogę oświetlały blade promienie księżycowego światła przeciskając się między kosmatymi łapami świerków. Kałuże na drodze ściął już przymrozek. Ponad sznur ludzi prowadzących za uzdy konie wznosił się opar ich oddechów. Od czasu do czasu stukot kopyt i szuranie butów zagłuszane były porykiwaniem odbywających swe gody jeleni. Raz czy dwa ponad wędrująca grupą przetoczyło się pohukiwanie puchacza. Dla osób, które większość września spędziły w gajówce Wyżary w Puszczy Knyszyńskiej odgłosy te były znajome i, w przeciwieństwie do krótkoterminowych gości, nie budziły wśród nich niepokoju. Przejmujące wycie, które nagle dało się słyszeć przed nami było jednak czymś nowym i zaskakującym. Puszczańskie lasy zamieszkiwały wprawdzie wilki, ale początek jesieni to nie czas na ich wokalne popisy. Ponure wycie nie ustawało w miarę,  jak zbliżaliśmy się do celu. W końcu wyszliśmy na skraj polany, w której centrum stała gajówka. Księżyc stał wysoko ponad zabudowaniami. W jego świetle na kalenicy dachu, tuż przy kominie siedział pies i zadarłszy pysk ku górze wył przerażająco. Poznałem go w jednej chwili, do takich wyczynów zdolny był tylko mój Biszkopt.

Dwie godziny wcześniej, gdy dotarła do nas wiadomość o awarii traktora ciągnącego przyczepę z końmi do Warszawy, zostawiłem go smacznie śpiącego na poddaszu gajówki gdzie urządzone były tymczasowe miejsca noclegowe. Na poddasze wchodziło się po drabinie. Biszkopt opanował tą umiejętność, ale tylko jednokierunkowo. Schodzenie w dół przekraczało jego możliwości. Pozostawienie go na poddaszu wydawało się bezpieczną opcją. Nie doceniłem jednak psiej determinacji. Zaniepokojony moją, przedłużającą się, nieobecnością Biszkopt wyruszył na poszukiwania. W szczycie budynku było niewielkie trójkątne okienko, otwarte dla lepszej cyrkulacji powietrza. Przez nie można było wydostać się na chroniący ściany okap, a z niego na połać dachową. Wspinaczka na kalenicę nie przedstawiała już większych trudności, ale nawet z jej wysokości nie można było dostrzec śladów obecności ludzkiego stada. Wobec tej konstatacji oraz faktu, że schodzenie głową w dół nie było nigdy jego silną stroną, emocje przepełniły psią duszę i wylały na zewnątrz w formie potępieńczego wycia. Nocną wyprawę na ratunek koniom zakończyłem ratowaniem siedzącego na szczycie dachu psa.

Po upływie kilku lat spacerując z Podziomkiem i Biszkoptem po Parku Żeromskiego w Warszawie natknęliśmy się na jej znajomego z lat licealnych. Zanim się sobie przedstawiliśmy przywołałem do nogi szwendającego się wokół psa. Chłopak spojrzał na psa, potem na mnie i stwierdził: "Skoro to jest Biszkopt to ty musisz być Filcek". Okazało się, że owej nocy też był z krótka wizytą w Wyżarach. Zapamiętał psa, i tylko w kontekście jego wyczynów, właściciela.

Biszkopt uwielbiał zabawy z patykami. Tu pastwi się nad znalezioną gałęzią. Raz nawet udało mu się ściąć trzymetrowy dębczak.

Jako jedyny z naszych psów Biszkopt lubił pływać. Na zdjęciu towarzyszy mu Samanta - wyżlica rodziców Podziomka.

Od 1984 roku mam w rodzinie psa. Podziomek ma jeszcze dłuższą tradycję styczności z czworonożnym członkiem rodziny. Oboje lubimy podróżować ale, o ile to możliwe, staramy się nie rozstawać z naszymi zwierzakami. Zarówno formy, jak i cele podróży zmieniały się z czasem. Biszkopt, którego życie przypadło na lata 1984-1998, podróżował jeszcze sporo pociągami chociaż, z czasem, proporcje zmieniły się na korzyść samochodu. Po "dachoskoczku" nastała era owczarków szkockich: Dundee (1999-2014) i Harry (2014-) nie mieli (-ją) wątpliwości do czego służy automobil. Ostatnio, przechodząc proces zakupu kolejnego pojazdu, złapałem się na spostrzeżeniu, że znaczną część negocjacji ze sprzedawcą spędziłem na ustalaniu warunków, jakie powinien spełniać samochód, aby pies czuł się w nim wygodnie i bezpiecznie. W każdym razie, przez te lata nagromadziło się sporo historii, których bohaterami byli "psowie"  w podróży. Poniżej, podzielę się wyborem tych najciekawszych.

Podziomek zwykł twierdzić, że Pan Bóg zesłał na naszą drogę owczarki szkockie w nagrodę za to, że wytrzymaliśmy z Biszkoptem pod jednym dachem 14 lat. Jego ekspresywna natura, żywa inteligencja oraz niespotykane łakomstwo powodowały, że generował masę sytuacji, które na długo pozostawały w pamięci. Nie inaczej było i w podróżach. Jako jedyny z całej trójki naszych psów wziął udział  w regularnym obozie wędrownym. Pokonywał dziesiątki kilometrów bieszczadzkich tras i tysiące metrów przewyższenia. Nie dziwota, że na noclegach w bazach namiotowych domagał się równego traktowania z innymi uczestnikami i swojego miejsca na wieloosobowych pryczach. Z początku układał się skromnie w moich nogach. W miarę upływu nocy z wolna przemieszczał się po pryczy. Gdy było mu zbyt ciasno, wyginał grzbiet w łuk odpychając śpiących ludzi na boki. Nie tolerował jednak, gdy ktoś próbował przesunąć go we śnie. Śmiałek był powstrzymywany głuchym, dobywającym się z głębi gardła, charkotem oraz konfrontowany z widokiem błyszczących na czerwono ślepi. Nie było odważnych, którzy kontynuowaliby swe próby.

Podczas tego wyjazdu zakładaliśmy obozowiska w określonych miejscach, skąd już "na lekko" penetrowaliśmy okolice. W obozie pozostawały zawsze dwie osoby, których obowiązkiem było m. in. przygotowanie posiłku. W czasach przedkomórkowych problemem było umówienie się na konkretną porę powrotu i, w konsekwencji, przygotowanie  posiłku  na właściwą godzinę. Jednak nie przy Biszkopcie. Na 20 minut przed powrotem grupy pies zjawiał się w obozowisku, witał serdecznie z dyżurnymi i powracał biegiem do wędrowców. Był to znak, że pora wstawiać kociołek z wodą na ognisko. Za to pozostawienie psa do pilnowania obozowiska, w dniu kiedy trasa wiodła  przez park narodowy, miało dosyć dramatyczne konsekwencje. Kiedy Biszkopt pogodził się z faktem, że nie dogoni już grupy (po ok. 2 godzinach trzymania na smyczy) wziął się do poważnego doglądania obozowiska. Traf chciał, że pomiędzy naszymi namiotami postanowiło przejść stado owiec. Biszkopt nie chciał na to intruzom pozwolić, co z kolei za akt agresji uznały owczarki podhalańskie pilnujące stada. Starcie 18 kilogramowej psiny z trzema 40 kilogramowymi brytanami miało łatwy do przewidzenia skutek. Mężnie odgryzający się obrońca namiotów zrejterował do wydrążonego pnia przydrożnej wierzby, gdzie mając zabezpieczone tyły dawał odpór napastnikom. Przybyli z pomocą juhasi odwołali swoje psy, zapewnili  struchlałych dyżurnych, że Biszkopt miał szczęście, iż nie został  rozerwany na strzępy i oddalili wraz z całym stadem.

Nazajutrz udałem się z psem do weterynarza w Lutowiskach, bo pamiątką po tej przygodzie była wygryziona w udzie dziura wielkości monety pięciozłotowej. Gdy czekaliśmy na przystanku na autobus PKS-u (takim środkiem transportu też się przemieszczaliśmy) zobaczył nas nieco podochocony alkoholem pracownik leśny. Biszkopt, może ze względu na mazurskie pochodzenia, a może na swoją wielorasowość, wzbudzał żywe zainteresowanie mieszkańców prowincji i terenów wiejskich. Tak było i tym razem. Pan zbliżył się, obejrzał pieska i rzeczowo spytał za ile go sprzedam. Biszkopt grzecznie siedział w swoim kagańcu ze względu na zbliżająca się podróż autobusem. Nie zrażony odmową sprzedaży leśnik nagle pochylił się nad nim i zaczął macać po karku i bokach. Wypity alkohol nie pozwalał mu dojrzeć narastającej wściekłości w oczach psa. Zanim zdążyłem odciągnąć faceta, wetknął palec między pręty kagańca. Po chwili wymachującym zakrwawionym paluchem krzyczał w moja stronę: "Ostry jest! Ja go kupię! Cena nie gra roli!"

Bitwa o patyk. Wygląda groźnie, ale był to pies kochający nasze dzieci.
Po operacji rekonstrukcji zerwanych wiązadeł. Kaganiec uniemożliwiał Biszkoptowi wygryzienie licznych szwów.



Dundee był psem wycofanym. Jako szczeniak długo odmawiał przebywania z ludźmi w jednym pomieszczeniu, wybierając w domu niezasiedlony pokój lub, gdy towarzystwa nie dało się uniknąć, najodleglejsze kąty wspólnego pomieszczenia. Było to pewnie skutkiem braku socjalizacji na etapie wczesnego szczenięctwa oraz stosunkowo późnego trafienia w nasze ręce. Gdy miał pół roku wybrał się z nami na wycieczkę do Drohiczyna. Wynajmowaliśmy duży dom, więc mógł zająć osobny pokój. Dzielnie spacerował po okolicy, ale wdrapawszy się na Górę Zamkową odmówił schodzenia, bo było zbyt stromo. Do podnóża góry dotarł niesiony na rękach. Z czasem okrzepł, nabrał wiary w siebie oraz zaufania do ludzkich członków swego stada. Był pięknym, budzącym podziw i zainteresowanie psem, ale obcych trzymał na dystans. Poproszony przez nas tolerował nawet głaskanie, ale jego mina i mowa ciała zdradzały, z jakim trudem znosił takie spoufalanie.

Natura owczarka kazała mu otaczać opieką wszelkie stworzenie, które uznał za członków stada. Gdy miał 18 miesięcy pojechaliśmy do gospodarstwa agroturystycznego w pobliżu Białego Boru na Pojezierzu Pomorskim. Właściciel hodował duże stado drobiu. Towarzystwo było dosyć rozwydrzone, kury i kaczki potrafiły w poszukiwaniu pożywienia zaglądać do domu. Dundee wkrótce zrobił z tym porządek. Gdy przebywał na podwórku, pierzaste stadko było zapędzane  na trawnik, czujnie doglądane ale, nie daj Boże, aby ktoś próbował się od niego odłączyć. Był wtedy bezwzględnie zapędzany z powrotem do stada. Na podwórku miał panować ład, a jego egzekutorem był owczarek! Zaskakująca była też jego umiejętność współpracy z końmi. Nie tyle ze zwierzętami przebywającymi w stajni czy na pastwisku, ile wykonującymi pracę. Razu pewnego zamówiliśmy przejażdżkę bryczką. Znajdowaliśmy się "daleko od szosy", więc właściciel pozwolił mi powozić, a Dundee mógł swobodnie biegać wokoło. Zamiast tego, trzymał się blisko bryczki, albo biegnąc równolegle do konia, albo lokując się centralnie tuż za tylną osią pojazdu.

Dundee pomaga ciągnąć bryczkę.

Wśród kwiatków - zdjęcie bardzo  pasuje do charakteru  psa.

Na oszronionej Polanie Białowieskiej.

Co masz dla mnie Panku?

W podróży.


Jakby troszcząc się o stan swego bujnego futra, Dundee unikał wody. Mógł brodzić, czy wyławiać blisko rzucone kijki, ale zanurzenie grzbietu było nie do pomyślenia. W tle mógł być też incydent z młodych lat, kiedy to hasając po nabrzeżnej promenadzie Jeziora Ostródzkiego pies wbiegł do jeziora. Zmylił go masowy zakwit glonów, które pokryły taflę wody gęstym, zielonym kożuchem. Biedny Dundee nie odróżnił ich, w pełnym biegu, od sąsiedniego trawnika! Zanurzył się wraz z głową, a kiedy wyszedł na brzeg otrząsając się z obrzydzenia, jego ruda sierść poprzetykana była zielenią glonów. Postawiony przed wyborem: komfort własny, albo dobro stada, potrafił się jednak przełamać. Święty Kamień na Zalewie Wiślanym znajduje się około 20 metrów od brzegu, ale głębokość wody wokół nie przekracza 40 cm. Człowiekowi sięga raptem do kolan, jednak pies wielkości owczarka szkockiego już traci tam grunt. Dundee bardzo zaniepokoił się widząc całą grupę rodziny i znajomych oddalających się od brzegu w kierunku Kamienia. Najpierw biegał wzdłuż brzegu skomląc i poszczekując, ale widząc, że nie zmienimy naszych planów, wlazł do wody, brodząc, a w końcu wręcz płynąc. Był to jedyny raz w jego życiu, gdy zrobił to dobrowolnie! W nagrodę został podsadzony i mógł podziwiać okolicę z wysokości Świętego Kamienia.

Rzadki widok -  Dundee w wodzie

Aport letni
Aport zimowy
W stronę słońca...

Czasem pies musiał się po prostu wybiegać.

Harry, w przeciwieństwie do innych naszych psów, przeszedł szkolenie i uzyskał tytuł psa towarzyszącego. Z tego względu, lecz przede wszystkim z powodu stabilnego charakteru i ogólnie życzliwego stosunku do świata zdecydowaliśmy, że może z nami jeździć także zagranicę. Tak więc Harry jest posiadaczem psiego paszportu i robi z niego użytek (Bogiem a prawdą, jeszcze żadne służby nie chciały go sprawdzać). Był już trzykrotnie w Chorwacji i dwa razy we Włoszech, a jako że podróżujemy nad Adriatyk samochodem, poznał też odpowiednie kraje tranzytowe. Owczarek szkocki jest obecnie mało popularną rasą, jednak publika całego świata oglądała lub, rzadziej, czytała "Lessie wróć!". Harry jest więc obiektem międzynarodowego podziwu, nie tylko ze względu na swoją urodę, lecz i przez popularność swej literacko-filmowej poprzedniczki. A, że jest czuły na objawy zainteresowania i odwzajemnia je okazywaniem psich uprzejmości, każdy nasz wyjazd jest kolekcjonowaniem hołdów wyrażanych w różnych językach i na różne sposoby. W naszym rankingu takowych najwyżej znalazło się określenie "La bestia bellissima", usłyszane w Trieście oraz filozoficzne "My life got completed" sformułowane przez młodego Brytyjczyka po wylewnym przywitaniu się z Harrym na dalmatyńskiej wyspie Hvar.

Harry nad Adriatykiem.

Na wyspie Krk trafiliśmy na "Plaźe za pse"

Na nadmorskim bulwarze w Zadarze.

Wizyta w restauracji też może być przyjemnością.

Odpoczynek  podczas zwiedzania

Triest: Poznajmy Umberto Saba

Harry jest też wodniakiem. Pierwszą wycieczkę kajakową po kurpiowskim odcinku Pisy odbył w wieku 9 miesięcy. Wtedy jeszcze trzeba było pomagać mu w wejściu na pokład, ale z czasem bezbłędnie opanował tę sztukę, a gdy już się tam znalazł, zasiadł na dziobie i zajmował się wypatrywaniem na brzegach ludzi i zwierząt. Gdy ich nie było przez dłuższy czas, trochę się nudził, popiskiwał i skomlał, ale gdy już coś zoczył, przybierał imponujące pozy i był gotów przyjąć należne mu objawy zainteresowania. Takie zachowanie wyróżnia go spośród innych napotkanych po drodze psiaków. One zazwyczaj szczekają, gdyż postrzegają dziwny obiekt pływający z psem na pokładzie jako zagrożenie, podczas gdy Harry widzi w tych sytuacja okazję, by podkreślić swą wyjątkową rolę. Widok czworonoga na kajaku, czy kanoe, przemawia zresztą do widzów równie silnie, jak obraz Biszkopta wyjącego na dachu, Niejednokrotnie, nawet kilka dni po odbytym spływie, spotykaliśmy ludzi, którzy na widok Harrego pytali: "A to wy spływaliście razem z psem po rzece?"

Chociaż niesłychanie pewny w kontaktach z ludźmi i innymi psami, Harry jest tylko zwierzątkiem, które niepokoją niektóre napotkane na drodze obiekty i zjawiska. Do takich należały wszelkie konstrukcje drewniane, zwłaszcza te z prześwitem pomiędzy poszczególnymi deskami. Na wyjazdach często trzeba było przejść po takiej kładce lub skorzystać z podobnego pomostu. Prowadzony na smyczy pies pokonywał je biegiem, gdy zaś szedł luzem, często wybierał pokonanie przeszkody w bród. Pomimo niechęci do kąpieli zdarzał mu się też paniczne skoki na głębię. Żywioł wodny okazywał się mniej straszny, niż przebywanie na ażurowej konstrukcji drewnianej. Gdy Harry miał cztery i pół roku wybraliśmy się z nim nad Stawy Milickie. Okolica obfitowała w wodę, a co  za tym idzie, różnego rodzaju konstrukcje drewniane, przez które wiodły nasze drogi. Ku naszemu zdumieniu, pies wdrapał się na pierwszy spotkany, garbaty, mostek gdzie przybrał postawę imponującą, by pokazać, że okres lęku ma już za sobą. Na kolejnym wyjeździe z powodzeniem zmierzył się też z pokonywaniem drewnianych, ażurowych schodów w pensjonacie, w którym mieliśmy zamówiony nocleg. Harry oswoił więc swoje lęki i co więcej, zdaje się czerpać z tego faktu swoistą satysfakcję.

Kajakowanie na Pisie

... na Warcie
... na Narwi

Zamiast wejść na taką konstrukcję ...

... już lepiej wskoczyć do wody.

Na drewnianej wieży widokowej też było dosyć strasznie.

Tu już bez strachu na drewnianym mostku.
Albo na drewnianej ławce.

Co tam robisz?

Na tę skałę można się było dostać tylko w kanoe.

Właśnie na takim.

Harry - wilk morski.

Od początku 2017 roku zdarzają nam się wyjazdy z dwoma psami. Ten drugi to Vinyl, kundelek zabrany przez moją starszą córkę ze schroniska na warszawskim Paluchu. Bóg jeden wie, co przeżył w pierwszych trzech latach swego życia, ale skłonność do gorączkowego wyszukiwania i pożerania wszelkich śmieci oraz sztywny staw biodrowy wskazują, że nie było to szczęśliwe dzieciństwo. W rezultacie, trafił do rodziny osobnik lękowo-agresywny, nieufny wobec wszystkich obcych osób, większych psów, rowerzystów, biegaczy, a nawet samochodów. Otoczony miłością, opieką behawiorysty oraz poddany odpowiedniej kuracji medycznej powoli zamieniał się w psią przytulankę oraz bohatera Instagramu. Jednym z ważnych elementów jego resocjalizacji była możliwość kontaktów z psem o tak stabilnej psychice, jakim jest Harry. Wspólne wyjazdy pozwalały psom przebywać dłużej ze sobą, a i wystawiały Vinyla na nowe sytuacje, w których musiał się odnaleźć.

Celem jednej z pierwszych wspólnych wycieczek była Srebrna Góra w Górach Sowich. Pieski sprawowały się grzecznie, tolerowały psa rezydenta w pensjonacie oraz, pod stołem, uczestniczyły w naszych śniadaniach. Któregoś dnia wybraliśmy się na spacer śladem dawnej kolei zębatej wspinającej się na przełęcz Srebrnogórską. Pogoda była niepewna, ludzi na trasie niewielu, więc zdecydowaliśmy się spuścić psy ze smyczy. Vinyl wiernie trzymał się grupy, Harry odbiegał dalej, ale wiedzieliśmy, że wróci na komendę. W pewnej chwili jednak Vinylek zniknął. Trwało dłuższą chwilę, nim go zlokalizowaliśmy. Po stoku, który trawersował ślad po kolejce, gonił sarnę. Najpewniej ona odwodziła go od swoich koźląt. Pies był w amoku myśliwskim, nie reagował na nasze wołanie. Sarna w końcu mu jednak umknęła, ale Vinyl uparcie penetrował stok w jej poszukiwaniu. Czasem przebiegał całkiem niedaleko, nie słysząc nas jednak i nie zauważając. Harry w tym czasie siedział na ścieżce obserwując swego kolegę i naszą desperację. W momencie, kiedy po raz kolejny Vinyl znalazł się w pobliżu, zdecydował się na działanie. Podbiegł i przeskoczył nad nim, po czym zaczął spychać ciałem w dół stoku, w naszym kierunku. Po chwili, kryzys był zażegnany. Zziajany i nie do końca przytomny Vinyl znalazł się na smyczy, a Harry mógł odebrać porcję należnych mu pochwał. W stadzie powinien panować porządek, a uganianie się za sarnami nie mieściło się w definicji tego słowa. Harry musiał temu przeciwdziałać i tak też zrobił.

Dwaj przyjaciele.

Koncentrowanie uwagi

Wspólna zabawa

Kto bliżej Panka, ten ważniejszy.

Na spacerze.

Vinyl w podróży samochodem.

Podróżowanie z czworonogiem przypomina trochę podróż z małym dzieckiem. Wymaga specjalnych przygotowań,  nakłada ograniczenia, wywołuje nieprzewidziane sytuacje stresowe. Z ilu to ciekawych miejsc - noclegowych, gastronomicznych, kulturowych - trzeba zrezygnować z powodu braku akceptacji zwierząt. My zabieraliśmy nasze córki na wycieczki, kiedy jeszcze nosiły pieluchy. Pewnie dlatego nabraliśmy dystansu, który pozwala nam planować i realizować wyjazdy z psami. Z drugiej jednak strony, ile ciekawych miejsc, poznanych ludzi, a w końcu zwyczajnej frajdy, dostarcza nam pies podróżnik. Czasem, gdy mamy kłopoty z poprawnym umiejscowieniem w czasie i przestrzeni jakichś wyjazdowych wspomnień, wystarczy powiedzieć: "To było wtedy, gdy Biszkopt/Dundee/Harry/Vinyl zachował się tak i tak." Kolory fotografii z podróży z czasem blakną, ale wspomnienia wyczynów naszych ulubieńców pozostają wciąż barwne. Czego najlepszym dowodem jest niniejszy tekst.