środa, 1 stycznia 2020

Od Warty po Barycz, czyli podróże z Jajem Orangutana

Zmierzchało już gdy dotarliśmy do Działoszyna. Lutowy mróz szczypał w policzki, a śnieg skrzypiał pod nogami. Najbliższy PKS do Częstochowy odjeżdżał za godzinę, szukaliśmy więc miejsca, gdzie można się ogrzać. Działoszyn był przykładem prowincjonalnego miasteczka poddanego PRL-owskiej industrializacji. W pobliżu zbudowano w latach 60-tych XX wieku cementownię Warta. Ta potrzebowała pracowników, którzy musieli gdzieś mieszkać, pobudowano więc osiedle standardowych kilkupiętrowych bloków w zachodniej części miejscowości. Do tego dodano kilka pawilonów ze sklepami spożywczymi i innymi usługami, a w jednym z nich,  - o radości! - funkcjonowała restauracja o pompatycznej nazwie "Kosmiczna". Nie pamiętam już, czy zamówiliśmy coś do jedzenia, czy tylko gorącą herbatę, najważniejsze było, że nasza potrzeba dotrwania w cieple do odjazdu autobusu została spełniona.

Dzisiaj już trudno znaleźć podobne lokale, a wówczas zaświadczały o awansie cywilizacyjnym miejscowości, w których je zlokalizowano. Zbyt przestronne, za wysokie, niedogrzane, z personelem, który często nie krył niezadowolenia na widok klienta. Przytulność była pojęciem pasującym do restauracji "Kosmicznej" niczym wół do karety. Takie warunki miały jednak pewne korzyści. Jedyni, prócz nas, goście lokalu - 4 zmęczeni panowie rozpijający butelkę wódki "Bałtyk" do galaretki z nóżek ("Alkohol podajemy wyłącznie do konsumpcji") - siedzieli dostatecznie daleko, by nam nie zawadzać.  Do czasu jednak, gdy zwabieni naszym odmiennym wyglądem i zachowaniem, postanowili przekazać nam tajemnicę swej profesji. Otóż panowie ci pracowali w kopalni wapienia dobywanego na potrzeby cementowni. Słusznie oceniając, że mamy coś wspólnego ze środowiskiem akademickim, zwierzyli się nam, że w kopalni znaleziono ostatnio sensacyjną skamienielinę - ni mniej, ni więcej, a JAJO ORANGUTANA! Nieco zszokowani tym odkryciem, zachowaliśmy jednak na tyle przytomności, by odmówić kupna cennego znaleziska po okazyjnej cenie równoważnika jednej butelki "Bałtyku" i jeszcze zdążyć na autobus.

To moje wyobrażenie znalezionego jaja. Poszukiwania oryginalnego logo KTP nadal trwają.
Budynek byłej restauracji Kosmiczna. Sala konsumpcyjna była tak duża, że od roku 1995 z powodzeniem służy jako tymczasowa kaplica parafii bł. Michała Kozala.

Do Działoszyna trafiliśmy w lutym 1983 roku na zakończenie weekendowego wypadu mającego za cel zwiedzenie największego w Polsce zimowiska nietoperzy w jaskini Szachownica. Wraz z grupą przyjaciół z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego od pewnego czasu jeździliśmy po kraju poznając kolejne, cenne przyrodniczo miejsca. Historia z jajem orangutana utkwiła nam mocno w pamięci i, gdy wkrótce potem, założyliśmy na Wydziale Klub Turystyki Przyrodniczej (KTP) w jego logo znalazł się długoręki przedstawiciel naczelnych wysiadujący na pokaźnych rozmiarów gnieździe swoje jajo. Pod tym symbolem zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, w tym zaliczając bytność na Stawach Milickich. W lutym 2019 roku zawitaliśmy tam z Podziomkiem i Harrym w nadziei na odświeżenie wspomnień i ciekawe obserwacje ornitologiczne.

Bogiem, a prawdą, z tym odświeżaniem wspomnień miałem problem. W przeciwieństwie do wyjazdu działoszyńskiego, ten milicki pozostawił w mojej pamięci tylko mgliste reminiscencje. Mgliste w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo wyjazd odbył się w październikowy weekend i mgła często skrywała widok na stawy. W pamięci zostały obrazki neogotyckiego budynku szkoły w Miliczu, w którym nocowaliśmy, kolejki wąskotorowej mozolnie ciągnącej dziecinnych rozmiarów wagoniki, ceglanych domków Rudy Milickiej, starych dębów na polanie oraz wierzb porastających groble między stawami. Co najdziwniejsze, poza obserwacją rzadkiego wówczas orła bielika, mój notes obserwatora ptaków nie wzbogacił się wówczas o żaden wpis. Tłumaczyłem to sobie, oprócz niesprzyjających warunków atmosferycznych, także faktem, że w mojej świadomości jedynym prawdziwym królestwem ptaków była dolina Biebrzy, przez co nie mogłem w pełni docenić innych ptasich sanktuariów. Oczywiście okoliczności takie, jak konieczność poruszania się komunikacją publiczną i na piechotę, ograniczały zakres naszej penetracji do najbliższych okolic Milicza.

Kompleks stawów w dolinie Baryczy i jej dopływów zaczęli tworzyć cystersi jeszcze w XIII wieku. Dzisiaj rozciąga się na przestrzeni ok. 55 km, między Sulmierzycami na wschodzie i Żmigrodem na zachodzie, obejmując ponad 285 stawów o łącznej powierzchni ok. 77 km². Stawy tworzą kilka skupisk. My na bazę wypadową wybraliśmy miejscowość Wróbliniec położoną w pobliżu kompleksu Potasznia, blisko międzywojewódzkiej granicy z Wielkopolską. Na uboczu wsi, na skraju lasu znajdują się "Apartamenty Żuraw i Czapla". Lokalizacja wymarzona dla gości z psami; wieczory spędzane przy kominku; dostawa produktów regionalnych, za które płaci się co łaska do wystawionego koszyczka. I do tego nazwa jakże adekwatna - nawoływania żurawi dało się słyszeć już podczas pierwszego  spaceru z psem.

Z Wróblińca można piechotą penetrować kompleks stawów Potasznia (a właściwie jego północną część). Każdy staw ma własną, często zastanawiającą, nazwę np. Pijawnik, Górnik, czy Próżna Robota. Prócz mew, krzyżówek i łysek nie spostrzegliśmy tam innych gatunków ptaków, natomiast  możliwość rewelacyjnych obserwacji dają Łąki Odolanowskie, czyli odcinek doliny Baryczy na pograniczu śląsko-wielkopolskim. Z drogi Wróbliniec-Bartniki można, nie wychodząc z samochodu, obserwować ogromne stada zimujących gęsi gęgawych i białoczelnych. W okresie lęgowym licznie gniazdują tam ptaki siewkowate, ale w lutym musieliśmy zadowolić się widokiem gęsi. Ponieważ po mroźnej nocy nastał bardzo ciepły (ponad 10 stopni C) dzień, wędrowaliśmy nieśpiesznie, nie spotykając ani miejscowych, ani przybyszów. Dopiero w okolicach Zamku Myśliwskiego (to nazwa miejscowa, choć oddająca historyczne przeznaczenie tych okolic) spotkaliśmy ludzi odprowadzających konie z pastwiska. W zabudowaniach gospodarczych mieści się obecnie stadnina, a w dawnym domku myśliwskim działa restauracja, cóż kiedy w poniedziałkowe popołudnie zamknięta. Krótka rozmowa z właścicielką uczyniła jednak cud: specjalnie dla nas drzwi się otworzyły, uruchomiono ekspres do kawy i ku naszemu zadowoleiu trafił się nam świeżo upieczony sernik. Grzaliśmy się więc w promieniach przedwiosennego słońca, kawa była aromatyczna i gorąca, nad lasem niosło się pokrakiwanie kruków, a z padoku dobiegało rżenie koni. I wszystko to niemal na wyłączność - oto korzyści z podróżowania w lutym do miejsc pięknych, acz nieoczywistych.

Kompleks Stawno jest położony najbliżej Milicza i to właśnie on krył się we mgle podczas mojej poprzedniej wizyty. Obecnie jest najbardziej przystosowany do uprawiania turystyki przyrodniczej. Liczne szlaki i ścieżki tematyczne biegną groblami i brzegami stawów. Pobudowano tam wieże widokowe, a nawet schrony obserwacyjne. Prawda, że poza sezonem pełnią one częściej rolę schronów bankietowych a, jak to często bywa, nie przewidziano konieczności ich sprzątania. Tym niemniej, ptaków tu więcej, niż w kompleksie Potaszni. Duże wrażenie robi zwłaszcza kormorania wyspa na Rudzkim Stawie oraz liczne zgryzy bobrowe na brzegach stawu Grabownickiego. U wjazdu na teren kompleksu od strony Milicza rozłożyła się Ruda Milicka zwana Ptasią Wioską. Znajduje się tu Stacja Ornitologiczna Uniwersytetu Wrocławskiego oraz największy w dolinie Baryczy, pochodzący z XIX stulecia, jaz spiętrzający wody na wysokość 4,7 metra. Po szlaku wąskotorówki zamkniętej w roku 1991 biegnie ścieżka przyrodnicza. Swoistą ciekawostką jest wagon tramwajowy sprowadzony z Wrocławia już po naszej wizycie i wykorzystany, jako biblioteka oraz miejsce wydarzeń kulturalnych. Cel niewątpliwie szczytny, ale ze względu na historię miejsca, bardziej pasowałby tu wagonik wąskotorowy. Cóż, decydująca była chyba dostępność wagonu tramwajowego i jego większa pojemność.

Gęsi odpoczywają na Łąkach Odolanowskich.
Staw Antonin w kompleksie Potasznia.
Zgryz bobrowy w kompleksie Potasznia.
Jaz na jednym z dopływów Baryczy.
Staw Wilczy w kompleksie Stawno.
Kormorania wyspa na stawie Rudzkim.
Droga wśród stawów.
Stadko czapli białych.
Ols w okolicach Krośnic.
Czarne stawy.
Lecą żurawie.
Mozaika krajobrazowa w okolicach Potaszni.
Harry z nowym przyjacielem.
Spośród kolejnych dwóch kompleksów stawów ten w Rudzie Sułowskiej urzekł nas widokiem stada białych czapli większego, niż jakiekolwiek obserwowane zgromadzenia ich bardziej pospolitych, szarych, krewniaczek. Jednocześnie, jako że wieś jest siedzibą przedsiębiorstwa rybackiego zawiadującego hodowlą ryb i utrzymaniem stawów, powstało tu centrum turystyczne całego regionu. Najlepszy hotel, elegancka restauracja, mini skansen rybacki gdzie, jedyny raz w ciągu całego tygodnia, można było odczuć popularność tego miejsca wśród turystów. Nam jednak bardziej przypadł do gustu znajdujący się na wschód od Krośnic kompleks stawów zwanych Czarnymi. Leżą one nieco na uboczu, w otoczeniu lasów, co uzasadnia ich nazwę. Ludzi niepodobna tam spotkać, za to teren upodobały sobie zimorodki. Czatują na ryby na sterczących ponad wodę suchych gałęziach lub mkną nad taflą stawów, niczym błękitne strzały.

Prócz zabytków architektury hydrotechnicznej, region może pochwalić się szachulcowymi kościołami w Miliczu i Sułowie, pałacami w w Miliczu i Krośnicach oraz ciekawymi, acz skromnymi, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi z rudy darniowej. Chociaż wąskotorówka z Wrocławia  do Sulmierzyc, przecinająca dolinę Baryczy, dawno już przeszła do historii, to zastąpić stara się ją kolejka w Krośnicach, kursująca od 2013 roku po trzykilometrowej pętli na terenie zespołu pałacowo-parkowego dawnej rezydencji rodziny Volmersteinów. Podobno hrabia Heinrich von Salish, mający swoją rezydencję w Postolinie, zwykł żartować ze swoich arystokratycznych sąsiadów Maltzanów z Milicza twierdząc, że owoce jego pasji polegającej na kolekcjonowaniu i aklimatyzacji rzadkich gatunków drzew i krzewów, będą bardziej trwałe, niż zbiór cennych obrazów gromadzonych w milickim pałacu. Historia przyznała mu rację - pałac został ograbiony w roku 1945. Podobny los spotkał wprawdzie i siedzibę Salishów, ale już kolekcja drzew przetrwała tworząc swoiste arboretum. Postolin był zresztą moim małym odkryciem tego wyjazdu. Oprócz restaurowanego pałacyku, chlubi się oryginalnym kościołem poewangelickim z doskonale zachowanym wyposażeniem, w tym oryginalnym piecem centralnego ogrzewania z końca XIX wieku. Miejscowość usytuowana jest u podnóża Wzgórz Krośnickich, dzielących dolinę Baryczy na dolny i górny basen. Wzgórza sięgają 230 m npm, co daje ok. 120 metrów przewyższenia nad dnem doliny. Zbocza pokrywa dorodny las bukowy, a całość sprawia bardzo górskie wrażenie. Na wzgórzu Joanny (imię matki hrabiego Salisha) wznosi się nawet wieża widokowa, na którą z braku czasu już nie dotarliśmy.
Milicz do niedawna był dużym ośrodkiem produkcji ozdób choinkowych.
W byłej fabryce znajduje się Muzeum Bombki.
Poewangelicki Kościół Łaski w Miliczu.
Pałac von Maltzanów obecnie mieści Technikum Leśne.
Kamieniczka w centrum Milicza.
Cmentarna kaplica poewangelicka w Sułowie.
Rynek w Sułowie.
Zabudowa małomiasteczkowa ulicy Kościelnej w Sułowie.
Kościół rzymskokatolicki św. Piotra i Pawła w Sułowie.
Pałac von Volmersteinów w Krośnicach mieści Urząd Gminy.
Głowna stacja Krośnickiej Kolei Wąskotorowej.
Dom z rudy darniowej na obrzeżach Krośnic.
Kamień nagrobny hrabiostwa von Salishów.

Kościół poewangelicki w Postolinie.
120 letni piec centralnego ogrzewania w kościele w Postolinie.
Jako, że stawy milickie są największym w Europie centrum hodowli karpia, potrawy z tej ryby są serwowane w większości miejscowych restauracji. Corocznie odbywa się tu festiwal karpia, a kucharze trudzą się wymyślając przepisy coraz bardziej odległe od kanonicznej wersji z galaretą, znanej z bożonarodzeniowych stołów. Dla osób z nietolerancją potraw z karpia przygotowano ofertę na bazie innych gatunków ryb. Mnie do gustu przypadły flaki z suma, serwowane w przydrożnym zajeździe w Średzinie na trasie z Milicza do Odolanowa. 

Podziomek zadurzył się w tym regionie i namawia mnie na kolejny wyjazd. Też chętnie tam wrócę, chociaż może w okresie ptasich wędrówek, który gwarantuje większą rozmaitość napotkanych gatunków. Drugie spotkanie ze stawami milickimi pozwoliło mi zrozumieć, że bogactwo przyrody (a konkretniej świata ptasiego) jest tylko jednym z czynników stanowiących o atrakcyjności tego regionu. Stawy Milickie są tworem człowieka, a gospodarka na ich terenie - elementem wielowiekowej kultury. I właśnie materialne świadectwa tej kultury czynią wizytę na pograniczu śląsko-wielkopolskim tak ciekawą. Przekonałem się także, że krajobraz doliny Baryczy tworzą, prócz stawów, urozmaicone lasy i wzgórza. I właśnie rozmaitość doznań powoduje, że z kolejnej wizyty w tej części kraju zapamiętałem znacznie więcej niż z poprzedniej. Zwłaszcza, że wrażenia spisane są zapamiętane w dwójnasób.

2 komentarze:

  1. Flaki z suma? Lubię zupy oparte na przyprawach dodawanych zwykle do flaków. Myślę, że w tym daniu nie było flaków suma a mięso prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie tak! Opisałbym to jako mięso "szarpane".

    OdpowiedzUsuń